Beni - Pokhara. W stronę ciepła...
Dwie flaszki apple brandy zrobiły swoje... znaczy jedna... właściwie po 2 łyki. Sławna apple brandy z Marphy. Produkowana z lokalnych jabłek. Coś dlaczego warto jechać do Marphy. W kilku przewodnikach czytałem, że będąc w Marphie trzeba koniecznie zjeść szarlotkę i spróbować brandy.
Dla tak zareklamowanego trunku należy się kilka słów o tym co działo się dnia poprzedniego. Tuż przed wyjazdem z Marphy znaleźliśmy kawiarnię. Skusiły nas ciasta na wystawie. Zjedliśmy szarlotkę - bardzo dobra, szczerze polecam. Nadszedł czas na zakup brandy. Sprzedają to w butelkach półlitrowych, mniej więcej takich w jakich kiedyś u nas było piwo. W sklepie przy przystanku autobusowym mieli tego pełne półki. Zastanawiam się ile kupić... autobus już czeka. Ja jedną nogą w sklepie, drugą na schodkach autobusu. Słyszę krzyczącego Łukasza "dla mnie weź dwie". Ostatecznie w sumie kupuję dwie butelki. Wsiadam do autobusu. Jęki i zawodzenie czemu tak mało.
Po drodze do Beni rozmyślamy jak to wieczorem będziemy rozkoszować się tym wspaniałym trunkiem.
I w końcu. Hotel, aluminiowe kubeczki otwieramy pierwszą... i jedyną butelkę. Niuch, niuch - ale wali bimbrem. Pierwszy łyk i aż mnie skręca. Łeeech. Wali drożdżami jak najgorszy bimber. Na etykiecie napisane, że ma minimum 25%. Coś mi się wydaje, że ma znaczenie więcej. Każdy bierze po łyku i zapał spada :) Brendy nam nie podeszła. Drugą butelkę zostawiamy obsłudze hotelowej...
No ale wróćmy do dnia dzisiejszego. Piękny słoneczny poranek. Śniadanie zjedzone w leniwym tempie. Pakowanie i turlikamy się na dworzec. Dworzec mają tutaj z prawdziwego zdarzenia. Pełno długodystansowych autobusów. Oczywiście kilka kas i każda sprzedaje bilety do innego miasta docelowego.
Droga się wypłaszcza i robi się coraz szersza. Ruch też coraz większy. Jesteśmy chyba przed jakimś świętem bo widać, że miejscowi podróżują całymi rodzinami. Od czasu do czasu widać też ubijanie kóz czy innych zwierzaków. Ewidentnie zbliża się święto.
Po kilku godzinach docieramy do Pokhary. Kierowca wysadza nas na skrzyżowaniu i pokazuje ręką, w którym kierunku mamy iść. Jednak zanim ruszymy wolimy się przekonać czy dobrze zrozumieliśmy jego gest. Pytamy o drogę dwóch europejsko wyglądających kolesi. Okazuje się, że są z Niemiec i znają drogę nad jezioro. Kręcą jakiś film dokumentalny - przynajmniej tak nam mówią, a jeden z nich ma kamerę na drewnianym kijku.
Idziemy więc razem. Trochę ciężko bo plecaki zapakowane do pełna. Po 30 minutach błądzenia i zrobieniu pętli wychodzimy niedaleko miejsca, w którym spotkaliśmy naszych Niemców. Przyjazne pożegnanie i idziemy dalej sami. Docieramy do części turystycznej. Bardzo dużo różnego rodzaju sklepów. Całe ulice sklepów. Klimat taki trochę nadmorski.
Krówki... jakoś nikomu nie przeszkadzają i... chyba już mnie nawet nie dziwi ten widok. Kierowcy też cierpliwie czekają, aż krowia wycieczka przejdzie przez jezdnię.
A zapomniałbym o hotelu. Trochę dalej od ulicy handlowej udaje nam się znaleźć hotel. Mało ludzi... jak później się okazuje jesteśmy tam tylko my i trzech imprezujących Rosjan. Mają nawet gitarę i jednemu z nich wydaje się, że umie śpiewać. Cieszymy się nawet z tej małej ilości ludzi bo ciepła woda jest ze zbiornika nagrzewanego od słońca, więc całość praktycznie będzie dla nas.
Śpimy całkiem spokojnie. Nic nie zapowiada wydarzeń dnia kolejnego...