Niestety, jednak nie wyzdrowiałem. W nocy czułem się znacznie gorzej niż poprzedniego dnia rano. Miałem dreszcze, było mi zimno i nie mogłem swobodnie oddychać przez nos. No to super - pomyślałem. Wziąłem coś na gorączkę i jakoś dotrwałem do rana.
Budzę się trochę przed 6-stą i czuję, że dzisiaj z wyjścia wyżej nici. Wszystko przychodzi mi z trudem. Katar jak sto pięćdziesiąt. Przy śniadaniu zmieniamy plany. Razem z Irką decydujemy się schodzić niżej i potem iść od razu w stronę przełęczy. Chociaż przez 2 dni będzie trochę cieplej.
Od tej pory, aż do Muktinath idziemy osobno. Oktawia, Ania i Łukasz poszli na Tilicho Lake. Jest mi strasznie szkoda. Przed wyjazdem oglądaliśmy zdjęcia z tego jeziora i wyglądały niesamowicie. Nie mieliśmy pewności, że wystarczy nam czasu na jezioro, ale wszystko tak się złożyło, że było w naszym zasięgu. Szkoda, że choroba pokrzyżowała plany. Ale cóż, trzeba iść dalej. Przed nami zejście, o ile dobrze pamiętam to do około 3700m, a potem znowu wejście na 4018m n.p.m.
| Sad jabłkowy? |
Kolejne podejście. Zaczynam mieć powoli dość. Wiem, że w Tatrach przy takim nachyleniu byłbym w stanie wbiec - nawet z takim plecakiem. Tymczasem idę wolnym krokiem, noga za nogą, pamiętając o równym oddechu.
| W jadalni |
Wieczór spędzamy w jadalni. Tuż po naszym przyjściu obsługa rozpala piec. Na początek kilka szczap drewna, a potem ususzone kupy jaków. Tutaj to nic nadzwyczajnego - normalny opał.
Nasze zainteresowanie wzbudza kilkunastoletni chłopiec roznoszący posiłki. W uchu ma kolczyk, a na głowie czerwoną wełnianą beretkę założoną na bakier. Do tego jego zabawny angielski. Jeszcze dzisiaj śmieję się w myślach gdy przypominam sobie "pootato duup" czyli "potato soup".
Około 20-tej wracamy z jadalni do naszego pokoju. Na zewnątrz prószy śnieg. Chyba nadchodzi zmiana pogody. W pokoju ciepło, nad ranem temperatura nie spadła poniżej 8 stopni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz