wtorek, 16 października 2012

Dzień 10

Shree Kharka - Yak Kharka. Gorączka. Zmiana planów. W dół i znowu na 4000m.

Niestety, jednak nie wyzdrowiałem. W nocy czułem się znacznie gorzej niż poprzedniego dnia rano. Miałem dreszcze, było mi zimno i nie mogłem swobodnie oddychać przez nos. No to super - pomyślałem. Wziąłem coś na gorączkę i jakoś dotrwałem do rana.

Budzę się trochę przed 6-stą i czuję, że dzisiaj z wyjścia wyżej nici. Wszystko przychodzi mi z trudem. Katar jak sto pięćdziesiąt. Przy śniadaniu zmieniamy plany. Razem z Irką decydujemy się schodzić niżej i potem iść od razu w stronę przełęczy. Chociaż przez 2 dni będzie trochę cieplej.

Od tej pory, aż do Muktinath idziemy osobno. Oktawia, Ania i Łukasz poszli na Tilicho Lake. Jest mi strasznie szkoda. Przed wyjazdem oglądaliśmy zdjęcia z tego jeziora i wyglądały niesamowicie. Nie mieliśmy pewności, że wystarczy nam czasu na jezioro, ale wszystko tak się złożyło, że było w naszym zasięgu. Szkoda, że choroba pokrzyżowała plany. Ale cóż, trzeba iść dalej. Przed nami zejście,  o ile dobrze pamiętam to do około 3700m, a potem znowu wejście na 4018m n.p.m.

Sad jabłkowy?
Ścieżka zakręca mocno w lewo i zaczyna schodzić w dół. Wchodzimy jakby do sadu. Kolejny raz czujemy się jak w jakiejś bajkowej krainie. Zejście robi się coraz bardziej strome. Dobrze, że jest sucho. W połączeniu z deszczem ścieżka byłaby idealną zjeżdżalnią.

Kolejne podejście. Zaczynam mieć powoli dość. Wiem, że w Tatrach przy takim nachyleniu byłbym w stanie wbiec - nawet z takim plecakiem. Tymczasem idę wolnym krokiem, noga za nogą, pamiętając o równym oddechu.

W jadalni
W Yak Kharce trafia nam się nasłoneczniony pokój. Fajnie bo przez kilka godzin do zachodu będziemy mieli ciepło. Pijemy, dużo pijemy. Lekki obiad i idziemy spać.
Wieczór spędzamy w jadalni. Tuż po naszym przyjściu obsługa rozpala piec. Na początek kilka szczap drewna, a potem ususzone kupy jaków. Tutaj to nic nadzwyczajnego - normalny opał.
Nasze zainteresowanie wzbudza kilkunastoletni chłopiec roznoszący posiłki. W uchu ma kolczyk, a na głowie czerwoną wełnianą beretkę założoną na bakier. Do tego jego zabawny angielski. Jeszcze dzisiaj śmieję się w myślach gdy przypominam sobie "pootato duup" czyli "potato soup".


Około 20-tej wracamy z jadalni do naszego pokoju. Na zewnątrz prószy śnieg. Chyba nadchodzi zmiana pogody. W pokoju ciepło, nad ranem temperatura nie spadła poniżej 8 stopni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz