Tak to już drugi dzień i nadal w podróży. Poranny lot z liniami Jet Airways. Jedzenie przyprawione po indyjsku. Irka, oczywiście wzięła wegetariański zestaw. Niby ostry. No moje też było ostre, ale ja takie lubię. "Daj trochę spróbować" - mówię do Irki. Jem powoli i nic. Ale.. po chwili czuję. Chili działa trochę z opóźnieniem, ale wzmaga się wraz z upływem czasu i długo trzyma. Jednak jej było ostrzejsze, stwierdzam. Jeszcze 'nasta' kawa i jestem całkowicie rozbudzony.
"Zooobacz" - krzyczy rozentuzjazmowana Irka. Himalaje. Patrzę przez okno samolotu i czas jakby na chwilę zatrzymuje się. Wiem, że samolot leci na wysokości ok 9-10km, a te szczyty są praktycznie na naszej wysokości. Świat jest piękny!!!
| Pierwszy widok na Himalaje |
Po około 1.5h lotu kapitan trudną do zrozumienia angielszczyzną mówi, że będziemy trochę kołować bo jest kolejka do lądowania. No i zakręt w lewo... w lewo... w lewo... Przyjemnie buja... w lewo... oczy coraz cięższe... w lewo... dup i mocne hamowanie. Chyba trochę mi się przysnęło bo nawet nie zauważyłem upływu czasu.
Wychodzimy z samolotu. Gorąco, a jeszcze pamiętam jak w Krakowie padało, wiało i było jesiennie. "Staary, patrz małpy" - woła Łukasz. No i rzeczywiście, grupka przystojniaczków, z samcem alfa na czele, zasuwa po dachu terminalu.
Po załatwieniu formalności wizowych wychodzimy w końcu z lotniska. Niewyspanie połączone ze zmęczenie przypomina mi trochę studenckie czasy.
Od razu przy wyjściu dopada nas grupka taksówkarzy oferując przewóz w najlepszej cenie, do najtańszego, a zarazem najlepszego hotelu. Nieufni i doszukujący się jakiegoś przekrętu odmawiamy wszelkich ofert. Jednak zmęczenie i oszołomienie nową rzeczywistością wygrywa z naszymi postanowieniami. Dajemy się przekonać, że specjalnie na nas czeka już hotel no i jest taksówka dla 5 osób.Bagaże na dach.
My wtłaczamy się w 5 na tył do mini-buso-jeepo taksówki i ... "hej przygodo" jak to mówi Łukasz.
I nagle szok. Tak jakbym dostał w twarz. Zdziwił się o co chodzi i jeszcze raz dostał w twarz ale mocniej. Jedziemy ulicami Kathmandu. Im bliżej centrum tym większy ruch. Ruch lewostronny, ale w zasadzie wielostronny. Wszechogarniający dźwięk klaksonów. Pył, brud, hałas, wyboje. Zasuwamy szyby, żeby uchronić się przed kurzem. Asystent kierowcy zagaduje nas po angielsku. Dookoła roje motocyklistów. Trąbią na wszystko co się rusza. Nasz kierowca też wesoło potrąbuje. Folklor - pierwsze słowo jakie przychodzi mi na myśl. Kończy się asfalt i jedziemy jakby polną drogą otoczoną gęstą zabudową miasta. Ni stąd ni zowąd wśród tych ruder wyrasta salon samochodowy, a w nim najnowszy model Mazdy 3. Razem z Łukaszem zastanawiamy się o co chodzi. Kogo stać na takie auta i jak one jeżdżą po tutejszych drogach.
Docieramy do hotelu. Thamel, a przynajmniej tam mieliśmy trafić. Jak się później okazało, dzielnica Thamel była dwie ulice dalej. Hotel nie wygląda najgorzej, ale pokoje po bliższym przyjrzeniu się sprawiają już gorsze wrażenie. Woda jest ciep.. tzn nie jest zimna, w lekko żółtawym kolorze, ale w końcu można wziąć prysznic. Około 19-tej gaśnie światło. Normowane dostawy energii. Zmęczeni przesypiamy do rana. Zbawienne stają się stopery do uszu bo tuż za oknem do 22:00 gra dyskoteka, a potem do rana ujadają psy.
| Targ w Kathmandu |
Dzień 2 - wersja Irki
Lądujemy wreszcie w Kathmandu. Jakie jest? Co nas tutaj czeka? Czy sobie poradzimy?
W głowie kotłują się wątpliwości. Jest ich tym więcej im więcej ludzi tłoczy się przy wyjściu z lotniska.
Dajemy się namówić "agencji" z lotniska tylko dlatego, że jesteśmy cholernie zmęczeni.
Wiemy, że nas naciągną. Po prostu się z tym godzimy, bo cena jest dla nas akceptowalna.
Pakujemy się w taksówkę i ruszamy. Im dłużej jedziemy tym bardziej jestem przerażona.
Obraz jaki widzimy zza okien taksówki nie napawa optymizmem.
Jedziemy chyba przez jakieś slumsy, bo wszędzie widać walące się domy, gruzowiska, sterty gratów i śmieci.
Do tego wszechobecny pył, dźwięk klaksonów i ogromne ilości pojazdów wszelkiej maści.
"Co mnie podkusiło, żeby nas tu ciągnąć z Polski?" - myślę sobie.
"Oby jak najszybciej przedostać się w góry, one na pewno są czystsze i spokojniejsze."
Po jakimś czasie docieramy do "hotelu". Pokazują nam pokoje.
To jest dopiero załamka. W łazience na ścianie wielki grzyb, na łóżkach pościel, w której niejeden turysta już spał. Zmęczenie jednak bierze górę - zostajemy. Mamy swoje śpiwory - jakoś damy radę.
Szybka decyzja, że trzeba się przespać zanim ruszymy w miasto pozałatwiać wszelkie formalności.
Bierzemy prysznic - tu kolejne rozczarowanie - woda jest zimna mimo zapewnień obsługi, że hot water jest.
Jest mi już wszystko jedno..spaaaaaaaaaaaaaać.
Śpimy ze 2h, to wystarczy żeby trochę podładować akumulatory.
Idziemy wymienić dolce na dalszą część treku, kupić mapę i załatwić pozwolenia na trek.
Kantor znajdujemy bardzo szybko, mapę również.
Do biura turystki kawałek musimy podejść, bo mieści się w innej części miasta.
Ta wycieczka daje nam pojęcie o tutejszych zasadach ruchu drogowego, a raczej ich braku.
Pieszych tutaj mają za nic. Nie działa pewne wejście na drogę, nikt się nie zatrzyma, trzeba po prostu sprytnie umykać przed wszechobecnymi skuterami, motorami i innym złomem.
Budynek biura znajdujemy dość szybko. Załatwienie pozwoleń trochę trwa, trzeba powypełniać sporo papierków, a potem swoje odsiedzieć.
Pozwolenie TIMS - 1750 npr, pozwolenie ACAP - 2000 npr.
Uffff - mamy to o najważniejsze. Teraz mogę się wyluzować i zacząć chłonąć atmosferę tego miasta.
Wszystko tutaj jest inne niż w Europie.
Ze wszystkich stron zmysły atakowane są z niesamowitą intensywnością.
Ulice pełne są kolorowo ubranych ludzi, do nozdrzy docierają przeróżne zapachy, ludzie coś wykrzykują, a do tego wszechobecny wwiercający się w uszy dźwięk klaksonów.
Jest klimat! :)
| Męska przyjaźń |
Pora zwiedzić Thamel zanim całkiem zapadnie zmrok. Musimy jeszcze kupić kilka rzeczy.
Szukamy z Mariuszem kijków trekkingowych, bo celowo nie zabieraliśmy swoich z Polski.
Znajdujemy bez problemu sklep outdoorowy, a w nim odpowiednie kijasy.
Początkowa cena kijków 1500 npr, targujemy na 1000 - trzeba się wprawiać w targowaniu.
Niby Leki, czy rzeczywiście - trudno powiedzieć, ale czy to ma znaczenie? :)
Idziemy dalej.
Ilość stoisk z pamiątkami, szalami, biżuterią, przyprawami oszałamia.
Powstrzymuję się przed zakupami - kto by to taszczył?
Zakupy zrobimy w drodze powrotnej przed wylotem do Polski.
Kupujemy jeszcze wodę i snickersy na trek, po czym wracamy do hotelu.
Padamy do spania jak kłody.
W nocy budzę się do toalety, kiedy światło czołówki oświetla podłogę zastygam w przerażeniu..
Po podłodze popierdziela ogromny karaluch! Wrzaskiem budzę Mariusza, który ubija paskudztwo.
Normalnie nie boję się ani pająków ani innych "żyjątek" - ale to coś było wyjątkowo obrzydliwe i poruszało się z dużą prędkością, bleeeee.
"Obyśmy nie spotkali ich więcej na swojej drodze" - myślę sobie i w momencie zasypiam. ha ha ha - to się jeszcze okaże.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz