czwartek, 18 października 2012

Dzień 12

Thorung La. Poranny jogging, rozmowy z wielkim Shivą i moje najdłuższe 9 godzin w górach.

Budzik dzwoni o 4:45. Nie śpię już od kilku godzin i  w zasadzie czuję ulgę, że już musimy wstać. Pełnym snem przespałem około 3 godzin i zastanawiam się jak dam radę dzisiaj iść. Spoglądam jeszcze raz na zegarek. Temperatura 0 stopni, ciśnienie około 580 hPa. No dobra, trzeba wyjść ze śpiwora i się ubrać. Ruchem dżdżownicy przesuwam się na skraj łóżka i sięgam po przygotowane wcześniej ubrania. Najpierw od pasa w górę - wełniana bielizna i kurtka. Potem 1..2..3.. wyskakuję ze śpiwora i szybko ubieram spodnie. Jest dobrze. Najtrudniejsza była myśl i decyzja o wyjściu z ciepłego łóżka. Jeszcze tylko wełniane skarpetki, buty i można iść na śniadanie. Irka też już jest prawie gotowa. Przy świetle czołówek zaczynamy pakowanie. Niby w pokoju jest światło, ale to pewnie żarówka 10 watowa bo mało co przy niej widać.

Tuż przed 05:00 do drzwi puka obsługa schroniska i mówi, że śniadanie już gotowe. Fajnie myślę, dbają, żeby nikt nie zaspał. Wychodzimy na zewnątrz. Jest jeszcze całkiem ciemno i na niebie widać gwiazdy. Bezwietrznie, po wczorajszych chmurach ani śladu.Czuję lekkie podekscytowanie.

W jadalni jesteśmy sami. Szybko podają gorącą owsiankę, tibetan bread z dżemem i herbatę. Chyba najlepsza opcja na treku. Chlebek zapycha, a owsianka rozgrzewa... i w sumie też zapycha. Tuż przed dokończeniem śniadania mój brzuch stwierdza, że jednak 'nie będem go zjadł' no i muszę do toalety. Biegnę, ale na tej wysokości nie jest to łatwe... rety rety... rety rety... szlag by to! - myślę. Jeszcze tego brakowało. Biegnę, biegnę i... meta!!! Uff, sytuacja opanowana.

Napełniamy termos wrzącą herbatą. Mamy tylko 0.7l, ale wymyśliliśmy, że będziemy gorącą herbatę rozcieńczać z wodą z butelki i powinno wystarczyć na dłużej.

High Camp pod Thorung La
Równo o 06:00 wychodzimy na szlak. Słońce już wzeszło, ale nadal jest za szczytami. Jest dość zimno, na oko kilka stopni poniżej zera. Mam tylko polarowe rękawiczki i zastanawiam się czy dadzą radę. Czuję już grabienie palców. Przez chwilę idę jako pierwszy, ale coś szybko łapię zadyszkę. Zmieniamy się i teraz Irka idzie przodem. Krok, wdech, krok, wydech. Po kilkunastu krokach przerwa na wyrównanie oddechu.

Do High Camp mamy 475 metrów stromego podejścia. Widzimy za nami kilka osób idących w podobnym tempie i równie ciężko dyszących. Ścieżka biegnie cały czas w cieniu, ale już jestem rozgrzany i idzie mi się całkiem dobrze. Próbuję wziąć kolejny łyk zimnej wody z camel baga i.. nic. Woda w rurce zamarzła.

Po godzinie docieramy do High Campu. Wychodzimy w końcu z cienia i robi się przyjemnie ciepło. Odpoczywamy. Trochę herbaty. Patrzymy jak wyglądają pokoje i w sumie cieszymy się, że nie zdecydowaliśmy się na nocleg tutaj. W nocy musiało być tu nieźle zimno. W głowie czuję jakby lekką próżnię, ale ogólnie nie jest źle.

Ruszamy dalej. Ścieżka biegnie dość płasko, za nami widać przepiękne szczyty. Krajobraz dokoła już typowo wysokogórski. W pewnym momencie zaczynam się dziwnie czuć.
- Zaraz zaraz, jestem w Nepalu, przede mną idzie Irka... w Nepalu... ale w sumie hmm... gdzie idziemy? - myślę. No ale nic się nie odzywam i idę dalej. Trochę chyba zwalniam. Po chwili znowu coś dziwnego. Czuję się jakbym oglądał sam siebie w jakimś filmie. W ogóle czuję, jakby moje 'ja' było nade mną i jakbym patrzył na siebie z góry.
- Irka, zaczekaj - wołam. Mówię, jej o co chodzi. Stajemy na chwilę, ale to nie pomaga. Kilka pytań od Irki, czy mam zawroty, czy ból głowy czy mi niedobrze. Nic z tych rzeczy. Jedynie ciężko jest mi racjonalnie myśleć. Idziemy dalej. Docieramy do tea house'u na 5000m n.p.m. Siadamy. Nadal czuję się jak na bani. Ale chyba zaczyna być lepiej. Po około 15 minutach zaczynam racjonalnie myśleć i łatwiej jest mi formułować zdania.


Do góry mamy jeszcze około 400m. Decydujemy, że każde z nas idzie teraz swoim tempem i zaczyna się to sprawdzać. Najgorsze są momenty zatrzymania się i ponownego ruszenia. Widoki dookoła powalają. Ścieżka jest lekko przyprószona śniegiem - efekt wczorajszych opadów. Słońce jest tak mocne, że nie pozwala na ściągnięcie okularów. Czuję się już całkiem dobrze. Jedyne objawy wysokości to uczucie próżni w głowie i lekkie jakby oszołomienie. Kolejne wzniesienie i... to jeszcze nie przełęcz. Takich "fałszywych" przełęczy jest chyba kilka.

Thorung La
W końcu widzimy powiewające chorągiewki modlitewne i .. tak to już przełęcz. 5416m n.p.m. - pierwszy raz w życiu jestem na takiej wysokości. Zrzucam plecak, ubieram ciepłą kurtkę. Myślałem, że będę się jakoś super cieszył, że nastąpi jakiś wybuch radości, ale nic. Po prostu jestem zmęczony. Wypijamy trochę herbaty. Próbujemy zjeść batonika, ale robi się nam niedobrze. Jeszcze jakieś zdjęcie i trzeba iść dalej.




Zejście z przełęczy


Zejście jest trudniejsze niż myślałem, że będzie. Niby cały czas w dół i niestromo, ale brak snu w nocy daje mi się we znaki. Momentami przysypiam. Zatrzymujemy się na chwilę na polanie i zasypiamy na siedząco. Nigdy w życiu nie byłem jeszcze tak zmęczony. Herbata się skończyła. Uzdatniana woda nie smakuje. Widoki za to rekompensowały wszelkie trudy dzisiejszego dnia. Wszystko w brązowym kolorze, jakby kamienna pustynia w środku gór. Doczłapujemy w końcu do pierwszych domów. Wypadałoby coś zjeść, ale na myśl o jedzeniu robi mi się niedobrze. Kupujemy Sprite'a. Co za smak. Zimny.. mmm. Cukier chyba pomaga bo odzyskuję energię. Jeszcze godzina drogi przed nami i będziemy w Muktinath.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz