Muktinath - Jomsom. Niech inni jadą - my się przejdziemy.
Piękny
poranek. Zimno, jeszcze trochę chmur po nocy zostało na niebie.
Zbieramy się w dalszą drogę. Po dniu leniuchowania jakoś nie chce mi się
pakować na plecy tego ciężkiego plecaka. Gorzej jednak mają Ania,
Oktawia i Łukasz. Oni przecież wczoraj przeszli przez przełęcz i nie
będą mieć nawet dnia odpoczynku. Ale twardzi są i z uśmiechem na twarzy
ruszamy w dalszą drogę.
Noc wcześniej
słyszeliśmy w jadalni, że większość turystów będzie jechać do Jomsom
jeepem. Nie wiedzą co tracą. Przejście doliną Kali Gandaki pozostawi w
nas niezapomniane wrażenia. Ale po kolei.
Zaraz za wioską ukazują się oto takie widoki jak na zdjęciu poniżej.
Zupełnie
inaczej niż przed przełęczą. Tutaj wszystko w brązowych kolorach z
ośnieżonymi szczytami na horyzoncie. Na szlaku spotkaliśmy może kilka
osób.
Około
południa docieramy do Lubry. Jest tam dosłownie jedna restauracja, na
szczęście otwarta. Na twarzy właściciela widać uradowanie - na szlaku
nie ma praktycznie nikogo, więc ruch w interesie pewnie kiepski. Szybko
składamy zamówienie i z poburczywaniem naszych brzuchów czekamy na
posiłek. Po godzinie nadchodzi - dal bhat set. Duuuża porcja. Na myśl o
dokładce jestem jeszcze bardziej zadowolony z dokonanego wyboru.
Najedzeni
ruszamy dalej. Nie szukając znaków szlaku po prostu dalej przez wioskę.
Docieramy do koryta rzeki. Jest ono niesamowicie szeroki, na oko pewnie
ze 100m, a w nim płynie potok o szerokości co najwyżej kilku metrów.
Nie widzimy oznakowania szlaku więc sprawdzamy na mapie co dalej.
Wychodzi na to, że idąc korytem rzeki dotrzemy do celu. Szybka narada i
ruszamy dalej wzdłuż rzeki.
Wiatr
wieje coraz bardziej. Słyszeliśmy wcześniej, że około południa zaczyna
tutaj mocno wiać i trwa to aż do wieczora. Do wiatru należy dodać piasek
i wszechobecny pył. Po chwili wszyscy zasłaniamy oczy i czujemy
zgrzytanie w zębach. A wiatr wieje coraz mocniej...
Pod
wieczór, smagani wiatrem, docieramy w końcu do Jomson. Zmęczeni jak co
dzień. Jomson robi na mnie raczej negatywne wrażenie. Spodziewałem się
bardziej turystycznego miasteczka. Tymczasem wygląda trochę na wymarłe.
Śmiejemy się, że to taka trochę poczekalnia dla odlatujących z
tutejszego lotniska.
Najważniejsze co teraz mamy w
głowie to znalezienie banku. Ceny w okolicach przełęczy były trochę
wyższe niż się spodziewaliśmy i teraz potrzebujemy trochę gotówki do
czasu dotarcia do Pokhary. Znajdujemy w końcu bank, nepalski narodowy.
Nazwa od razu wzbudza zaufanie. Na zewnątrz nie widać bankomatu więc
wchodzimy do środka i tam... zaskoczenie. Za ladą jest jeden pracownik.
Okazuje się, że bank jest nieczynny w zasadzie przez cały tydzień z
powodu święta. Z resztą i tak nie mają tam bankomatu. Na szczęście mogą
nam wymienić dolary. Zbieramy więc pozostałe zaskórniaki i wymieniamy.
Nadal jednak gotówki mamy na styk. Na szczęście kilkanaście minut dalej,
tuż przy lotnisku, są dwa komercyjne banki i tam mają bankomaty.
Jesteśmy uratowani :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz