Wstajemy o 6:30. Od około 30-40 minut jest już widno. W nocy padał deszcz i jeszcze przed wyjściem z pokoju zastanawiam się jaka będzie pogoda. Jak się później okazało niebo mamy kryształowo czyste i jest to jedyna deszczowa noc, aż do przyjazdu do Pokhary.
Ubrani i okrutnie głodni idziemy do jadalni. No i co wybrać? Zawsze jak jestem w nowym miejscu uwielbiam próbować lokalnych dań. Dla mnie jest to jedna z form poznawania innej kultury. Wybór pada na "tibetan bread" i do tego owsianka. Wiem, że nazwy mało lokalne, ale przyrządzone na tutejszy sposób. Jak się okazuje w karcie mają nawet pizzę, przygotowywaną i podawaną inaczej niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni.
Wszystko sporządzane jest na bieżąco więc na śniadanie czekamy jakieś 30 minut. W kolejnych dniach już wiemy, żeby śniadanie zamawiać wieczorem na określoną godzinę rano. Znacznie skraca to czas oczekiwania, można dłużej pospać i nie tracić czasu przed wyjściem.
Ostatnie dociągnięcie sznurowadeł, poprawienie plecaków i jesteśmy gotowi do drogi. Widoki inne niż się spodziewałem. Pierwsze wyobrażenie jakie ma się zazwyczaj o Himalajach to śnieżno białe, oblodzone szczyty. Tymczasem przed nami otwiera się zielona dolina. W powietrzu czuć jeszcze wczorajszy deszcz. Idziemy w cieniu. Jest dość rześko, ale jak się później okaże, temperatura da się nam we znaki.
A propos ryżu. Jest to najtańszy składnik potraw. Miejscowi jedzą go do każdego posiłku. Z ciekawości zapytałem spotkanego tragarza jak wygląda tradycyjne nepalskie śniadanie. Z tego co udało mi się dowiedzieć jest to ryż z jakimiś warzywami. Na obiad i kolację też ryż więc wybór jest prosty :)
Zbliża się południe więc czas na obiad. Po wejściu do wioski od razu otacza nas kilka kobiet. Każda z nich oferuje najlepsze z możliwych dań w cenach niższych niż u konkurencji. Trafiamy do restauracji położonej na końcu wioski. Właścicielką jest młoda, bardzo sympatyczna dziewczyna. Trochę rozmawiamy i tak, nie wiedząc kiedy, mija godzina. Jedzenie jest przepyszne. Przez najbliższych kilkanaście dni nie będę jadł mięsa i jak się później okazuje nawet mi to nie przeszkadza. Przyprawy kuchni nepalskiej powalają mnie na kolana. Mnogość smaków zawartych w jednym daniu jest trudna do zliczenia.
Docieramy w końcu do Ghermu. Jest ciepły prysznic, płatny 40 rupii od osoby. Pokój mamy 5 osobowy. Przed kolacją pozwalamy sobie z Łukaszem na upragnione piwo, ostatnie aż do czasu pokonania przełęczy. Alkohol generalnie nie sprzyja aklimatyzacji, a poza tym ceny piwa relatywnie do cen jedzenia są dość spore. Po posiłku zamawiamy wrzątek, który przelewamy do naszych termosów. Właściciel z zainteresowaniem patrzy na nasze aluminiowe termosy i pyta jak długo trzymają ciepło. Słysząc, że po 6-8 godzinach herbata nadal jest mocno gorąca na jego twarzy pojawia się zdumienie. Później wieczorem daję w prezencie mój stary termos właścicielowi hotelu. Jest lekko zaskoczony, ale zarazem bardzo zadowolony z podarunku.
Wieczorne mycie zębów. Całą naszą grupką stajemy przy podwórkowym kranie, nabieramy wodę i wzorowo szorujemy ząbki. Siedzący obok Kanadyjczycy z lękiem i niedowierzaniem patrzą na to co robimy. "Przecież to niebezpieczne, nie można korzystać z nieodkażonej wody" - mówią. Potem widzieliśmy ich jak myli zęby korzystając z butelkowanej wody. No ale stwierdziliśmy, że trzeba przyzwyczajać organizmy do lokalnej flory bakteryjnej. Taka nasza polsko-ułańska fantazja :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz