środa, 10 października 2012

Dzień 4

Bhulbhule - Ghermu. Zielona dolina, pierwszy widok na szczyty, Himalaje!!!

Wstajemy o 6:30. Od około 30-40 minut jest już widno. W nocy padał deszcz i jeszcze przed wyjściem z pokoju zastanawiam się jaka będzie pogoda. Jak się później okazało niebo mamy kryształowo czyste i jest to jedyna deszczowa noc, aż do przyjazdu do Pokhary.

Ubrani i okrutnie głodni idziemy do jadalni. No i co wybrać? Zawsze jak jestem w nowym miejscu uwielbiam próbować lokalnych dań. Dla mnie jest to jedna z form poznawania innej kultury. Wybór pada na "tibetan bread" i do tego owsianka. Wiem, że nazwy mało lokalne, ale przyrządzone na tutejszy sposób. Jak się okazuje w karcie mają nawet pizzę, przygotowywaną i podawaną inaczej niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni.
Wszystko sporządzane jest na bieżąco więc na śniadanie czekamy jakieś 30 minut. W kolejnych dniach już wiemy, żeby śniadanie zamawiać wieczorem na określoną godzinę rano. Znacznie skraca to czas oczekiwania, można dłużej pospać i nie tracić czasu przed wyjściem.

Ostatnie dociągnięcie sznurowadeł, poprawienie plecaków i jesteśmy gotowi do drogi. Widoki inne niż się spodziewałem. Pierwsze wyobrażenie jakie ma się zazwyczaj o Himalajach to śnieżno białe, oblodzone szczyty. Tymczasem przed nami otwiera się zielona dolina. W powietrzu czuć jeszcze wczorajszy deszcz. Idziemy w cieniu. Jest dość rześko, ale jak się później okaże, temperatura da się nam we znaki.



 
W ciągu pierwszej godziny przechodzimy może z 1-2 kilometry, zatrzymując się co chwilę aby sfotografować każdy dosłownie widok. Niesamowite wręcz wrażenia robią na nas pola ryżowe. Wyglądają jak ogromne zielone tarasy, zbudowane na zboczach gór.
A propos ryżu. Jest to najtańszy składnik potraw. Miejscowi jedzą go do każdego posiłku. Z ciekawości zapytałem spotkanego tragarza jak wygląda tradycyjne nepalskie śniadanie.  Z tego co udało mi się dowiedzieć jest to ryż z jakimiś warzywami. Na obiad i kolację też ryż więc wybór jest prosty :)








Zbliża się południe więc czas na obiad. Po wejściu do wioski od razu otacza nas kilka kobiet. Każda z nich oferuje najlepsze z możliwych dań w cenach niższych niż u konkurencji. Trafiamy do restauracji położonej na końcu wioski. Właścicielką jest młoda, bardzo sympatyczna dziewczyna. Trochę rozmawiamy i tak, nie wiedząc kiedy, mija godzina. Jedzenie jest przepyszne. Przez najbliższych kilkanaście dni nie będę jadł mięsa i jak się później okazuje nawet mi to nie przeszkadza. Przyprawy kuchni nepalskiej powalają mnie na kolana. Mnogość smaków zawartych w jednym daniu jest trudna do zliczenia.


Z pełnymi brzuchami ruszamy dalej. Ciężar plecaka męczy niemiłosiernie. Próbuję różnych kombinacji ustawień pasa biodrowego, ale nic nie pomaga. Trzeba się przyzwyczaić, myślę. Jednak im bliżej końca dnia tym jest gorzej. Zastanawiam się co ja tam do jasnej cho... spakowałem i dlaczego jest tak ciężko. Robię w głowie szybki "check list" i rozważam czego mógłbym się pozbyć. Wybór pada na stary termos. Irka ma drugi 0.7L więc zostanie nam tylko jeden.


Docieramy w końcu do Ghermu. Jest ciepły prysznic, płatny 40 rupii od osoby. Pokój mamy 5 osobowy. Przed kolacją pozwalamy sobie z Łukaszem na upragnione piwo, ostatnie aż do czasu pokonania przełęczy. Alkohol generalnie nie sprzyja aklimatyzacji, a poza tym ceny piwa relatywnie do cen jedzenia są dość spore. Po posiłku zamawiamy wrzątek, który przelewamy do naszych termosów. Właściciel z zainteresowaniem patrzy na nasze aluminiowe termosy i pyta jak długo trzymają ciepło. Słysząc, że po 6-8 godzinach herbata nadal jest mocno gorąca na jego twarzy pojawia się zdumienie. Później wieczorem daję w prezencie mój stary termos właścicielowi hotelu. Jest lekko zaskoczony, ale zarazem bardzo zadowolony z podarunku.

Wieczorne mycie zębów. Całą naszą grupką stajemy przy podwórkowym kranie, nabieramy wodę i wzorowo szorujemy ząbki. Siedzący obok Kanadyjczycy z lękiem i niedowierzaniem patrzą na to co robimy. "Przecież to niebezpieczne, nie można korzystać z nieodkażonej wody" - mówią. Potem widzieliśmy ich jak myli zęby korzystając z butelkowanej wody. No ale stwierdziliśmy, że trzeba przyzwyczajać organizmy do lokalnej flory bakteryjnej. Taka nasza polsko-ułańska fantazja :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz