W końcu cieplejsza noc. Dotarliśmy wczoraj dość zmęczeni. Niby teren łatwy i wysokość już niższa, ale odległość i wiatr zrobiły swoje. Wieczorem zrobiliśmy jeszcze szybkie zakupy. Jakieś piwo, owoce i lokalne chipsy. W hotelu akurat była awaria ciepłej wody. Ja umyłem się w zimnej. Znalazłem na to dość dobry sposób. Zamiast włazić pod zimną wodę można nasączać gąbkę i lekko się nią spłukiwać. Nie jest aż tak zimno. Na szczęście właścicielka hotelu dostarczyła nam później wiadro gorącej wody, więc Irka już miała trochę lepiej z myciem.
No ale dość z dnia poprzedniego. Mamy piękny poranek. Wiatr przestał wiać. Czekamy na śniadanie na 1-szym piętrze hotelu. Mamy widok na główną ulicę Jomsom. Obserwujemy więc budzące się do życia miasteczko. Jedzenie jak zwykle wyśmienite.
Ruszamy w drogę. W pobliżu widzimy startujące co kilkanaście minut samoloty. Czytaliśmy wcześniej, że starty i lądowania odbywają się tutaj przed południem. Od południa zaczyna mocno wiać i lotnisko przestaje funkcjonować. Niosę w ręce paczkę chipsów z wczoraj. Kupiliśmy dwie, ale smak "masala coś tam" nie przypadł nam do gustu - chili wykręcające podniebienie ;)
Od Jomsom biegnie już normalna droga. Co chwilę coś przejeżdża. Dobrze, że mam na twarzy chustę bo każdy pojazd wznosi tumany kurzu.
Dochodzimy w końcu do Marphy. Prosto biegnie droga, która pozwala na ominięcie wioski. My jednak decydujemy się na przejście przez centrum.
Marpha jest miejscowością typowo turystyczną. Idąc przez całą wioskę mijamy sklepy z różnymi pamiątkami, lokalnymi ubraniami no i wyrobami z jabłek. Na miejscu można kupić świeży sok z jabłek, sprzedawany w butelkach po piwie o pojemności 0,66l albo mniejszych, apple brandy (taki jabcoko-bimber, paskudny w smaku, ale ryje beret) no i przepyszne ciasta z jabłkami. W jednej z napotkanych cukierni zatrzymujemy się na kawę i ciasto. Szarlotka jest niesamowita.
Z Marphy można jechać autobusem. Decydujemy, że wybierzemy tę opcję. Widoki co prawda nadal są powalające, ale zakurzona droga całkiem nas zniechęca. Poza tym nie mamy już tak dużo czasu i chcemy jeszcze trochę przeznaczyć na Pokharę i Kathmandu. Pakujemy się więc do lokalnego autobusu. Plecaki tym razem trafiają na dach. Dobrze, że w pokrowcach, bo kurz taki, że ciężko oddychać.
Jedziemy więc autobusem. Nie jest to taka podróż jak do tej pory. Jest całkiem inna. Jest zupełnie inna niż jakakolwiek podróż do tej pory w moim życiu ;)
Droga jest niewiele szersza od autobusu. Od czasu do czasu są miejsca, gdzie możemy wyminąć się z innymi pojazdami. Przez większą jednak część podróży jedziemy tuż nad przepaścią - dosłownie, koła autobusu jadą mniej niż pół metra od krawędzi przepaści. Jedynie opanowanie miejscowych podróżnych pozwala mi zachować spokój. Najgorsze są mijanki z innymi autobusami. Najbardziej boję się, że kierowca innego autobusu zrobi coś głupiego...
| Nasz mały autobusik |
Do Beni dojeżdżamy już po zmierzchu. Zmęczeni, głodni, wkurzeni. Myślę tylko, żeby walnąć się spać. A tymczasem obskakuje nas grupka lokalsów proponując transport do Pokhary. "To Pokhara today, fast, taxi, jeep, not a problem. Not today? When are you going. Taxi tomorrow. When are you going to Pokhara" - krzyczą. W końcu odpowiadam - yesterday... Odchodząc widzimy jak nadal rozmyślają o cóż to mi chodziło ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz