niedziela, 21 października 2012

Dzień 15

Jomsom - Beni. Dzień jabłkowy i czasoprzyspieszacz w postaci autobusu. Na krawędzi.

W końcu cieplejsza noc. Dotarliśmy wczoraj dość zmęczeni. Niby teren łatwy i wysokość już niższa, ale odległość i wiatr zrobiły swoje. Wieczorem zrobiliśmy jeszcze szybkie zakupy. Jakieś piwo, owoce i lokalne chipsy. W hotelu akurat była awaria ciepłej wody. Ja umyłem się w zimnej. Znalazłem na to dość dobry sposób. Zamiast włazić pod zimną wodę można nasączać gąbkę i lekko się nią spłukiwać. Nie jest aż tak zimno. Na szczęście właścicielka hotelu dostarczyła nam później wiadro gorącej wody, więc Irka już miała trochę lepiej z myciem.

No ale dość z dnia poprzedniego. Mamy piękny poranek. Wiatr przestał wiać. Czekamy na śniadanie na 1-szym piętrze hotelu. Mamy widok na główną ulicę Jomsom. Obserwujemy więc budzące się do życia miasteczko. Jedzenie jak zwykle wyśmienite.

Ruszamy w drogę. W pobliżu widzimy startujące co kilkanaście minut samoloty. Czytaliśmy wcześniej, że starty i lądowania odbywają się tutaj przed południem. Od południa zaczyna mocno wiać i lotnisko przestaje funkcjonować. Niosę w ręce paczkę chipsów z wczoraj. Kupiliśmy dwie, ale smak "masala coś tam" nie przypadł nam do gustu - chili wykręcające podniebienie ;)



Od Jomsom biegnie już normalna droga. Co chwilę coś przejeżdża. Dobrze, że mam na twarzy chustę bo każdy pojazd wznosi tumany kurzu.

Dochodzimy w końcu do Marphy. Prosto biegnie droga, która pozwala na ominięcie wioski. My jednak decydujemy się na przejście przez centrum.

Marpha jest miejscowością typowo turystyczną. Idąc przez całą wioskę mijamy sklepy z różnymi pamiątkami, lokalnymi ubraniami no i wyrobami z jabłek. Na miejscu można kupić świeży sok z jabłek, sprzedawany w butelkach po piwie o pojemności 0,66l albo mniejszych, apple brandy (taki jabcoko-bimber, paskudny w smaku, ale ryje beret) no i przepyszne ciasta z jabłkami. W jednej z napotkanych cukierni zatrzymujemy się na kawę i ciasto. Szarlotka jest niesamowita.



Z Marphy można jechać autobusem. Decydujemy, że wybierzemy tę opcję. Widoki co prawda nadal są powalające, ale zakurzona droga całkiem nas zniechęca. Poza tym nie mamy już tak dużo czasu i chcemy jeszcze trochę przeznaczyć na Pokharę i Kathmandu. Pakujemy się więc do lokalnego autobusu. Plecaki tym razem trafiają na dach. Dobrze, że w pokrowcach, bo kurz taki, że ciężko oddychać.

Jedziemy więc autobusem. Nie jest to taka podróż jak do tej pory. Jest całkiem inna. Jest zupełnie inna niż jakakolwiek podróż do tej pory w moim życiu ;)
Droga jest niewiele szersza od autobusu. Od czasu do czasu są miejsca, gdzie możemy wyminąć się  z innymi pojazdami. Przez większą jednak część podróży jedziemy tuż nad przepaścią - dosłownie, koła autobusu jadą mniej niż pół metra od krawędzi przepaści. Jedynie opanowanie miejscowych podróżnych  pozwala mi zachować spokój. Najgorsze są mijanki z innymi autobusami. Najbardziej boję się, że kierowca innego autobusu zrobi coś głupiego...

Nasz mały autobusik
Dojeżdżamy do Ghasy. Mała wioska. Centrum stanowi tutaj chyba dworzec autobusowy. Nawet nie planowaliśmy jechać dalej, a tu okazuje się, że czeka właśnie autobus do Beni. No i co najważniejsze, są jeszcze miejsca. Szybko kupujemy bilety, jakieś ciastka i ruszamy w dalszą drogę. Nie mieliśmy czasu nawet nic zjeść, ale co tam ciastka dadzą radę. Droga okazuje się jeszcze gorsza niż do tej pory. Autobus jest mniejszy i znacznie krótszy. Tłucze w nim niemiłosiernie i czasami mam wrażenie, że jedziemy jeszcze bliżej przepaści niż poprzednio.


Do Beni dojeżdżamy już po zmierzchu. Zmęczeni, głodni, wkurzeni. Myślę tylko, żeby walnąć się spać. A tymczasem obskakuje nas grupka lokalsów proponując transport do Pokhary. "To Pokhara today, fast, taxi, jeep, not a problem. Not today? When are you going. Taxi tomorrow. When are you going to Pokhara" - krzyczą. W końcu odpowiadam - yesterday... Odchodząc widzimy jak nadal rozmyślają o cóż to mi chodziło ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz