sobota, 13 października 2012

Dzień 7

Chame - Upper Pisang. "Krupówki", kolejna alternatywna droga, pierwsze odczucie wysokości.

"Woooow" - pierwsze co ciśnie mi się na usta patrząc na szczyty po wyjściu z wioski. Niestety idziemy w strasznym tłumie. Przez chwilę czuję się jak na Krupówkach albo jak w jakiejś galerii handlowej tuż przed świętami. Na szczęście przed wyjazdem przeczytaliśmy, że warto wybrać drogę przez Upper Pisang. Tak też czynimy. Widoki są niesamowite, a to tylko przedsmak tego co nas czeka. Dzisiaj idzie mi się ciężko. Chyba jestem przeziębiony. W nocy w ogóle źle spałem. No ale cóż, jestem w górach i muszę sobie radzić.




 
Powoli dochodzimy do Upper Pisang. Zaczynam czuć te 3300m n.p.m. Kroki coraz krótsze i trzeba pamiętać o regularnym oddechu. W ciągu dnia było nawet ciepło, ale teraz jak codziennie tutaj wieczorem, nadciągają chmury i robi się zimno. Znajdujemy nocleg w przyjemnym hoteliku z przepiękną panoramą widokową. Tutaj później poznajemy Ivana, który będzie nam towarzyszył aż do Manangu.


Jakieś 100m wyżej nad nami znajduje się gompa. Zrzucamy plecaki. Chwila odpoczynku, aparat w rękę i ruszamy do świątyni. Niesamowite zmęczenie i przeziębienie dają się we znaki, ale spragniony przygód idę w górę.

Gompa. Przed wejściem ściągamy buty. Relaksacyjna muzyka, kadzidła i wnętrze świątyni niesamowicie uspokajają.










Dzień 7 - wersja Irki

Wychodzimy rankiem z Chame. Okazuje się, że na trasie jest już bardzo dużo ludzi, całkiem jak w Tatrach w okresie urlopowym. Skąd Ci wszyscy ludzie się tu wzięli? Po drodze nie mijaliśmy ich aż tylu..
Marzymy, żeby jak najszybciej dotrzeć do rozgałęzienia na Upper Pisang - tam na pewno nie będą szły tłumy z tragarzami. I rzeczywiście, kiedy tylko odbijamy na prawo zostajemy sami, całe tłumy poszły za główną drogą. Powoli wspinamy się do wioski. Idzie się dość ciężko, zaczyna być odczuwalna wysokość.
Udaje nam się znaleźć nocleg w pierwszym napotkanym hoteliku. Warunki są surowe, ale za to jest czysto.
Zrzucamy bagaże i idziemy podziwiać widoki...z balkonu mamy widok na Annapurnę II.
Mariusz poszedł się na chwilę położyć, bo nie najlepiej się czuje, a ja zostaję i gapię się na góry.
Gapię się tak aż pojawiają się łzy..łzy szczęścia - teraz wiem po co się tak męczymy, te widoki warte są każdego wysiłku.
Po krótkim wypoczynku postanawiamy zwiedzić gompę, która jest w wiosce.
Docieramy na miejsce i już od progu czuję, że będzie to mistyczne doświadczenie..Ściągamy buty i wchodzimy do środka..gra buddyjska muzyka, ludzie, głównie turyści, siedzą z zamkniętymi oczami pod ścianami na dywanikach i wsłuchują się w siebie. Rozglądam się dookoła - jest przepięknie.



Po krótkiej chwili dołączam do ludzi siedzących pod ścianami, zamykam oczy...jest mi błogo, teraz nie istnieje nic poza tą chwilą. Tu i teraz.
Po chwili słyszę jakiś dźwięk, otwieram oczy - to buddyjski mnich częstuje ludzi herbatą w kubeczkach. Biorę i ja na rozgrzewkę - na tej wysokości jest już naprawdę zimno, zwłaszcza, że słońce powoli zachodzi.
Pora wracać do hoteliku na kolację.
W kuchni natykamy się na podróżującego samotnie Rosjanina. Ivan okazuje się bardzo towarzyskim sympatycznym chłopakiem. Spędzamy wszyscy wspólnie miły wieczór w kuchni, która jako jedyne pomieszczenie w hoteliku jest ogrzewana.
Rano wita nas słońce wschodzące nad Annapurną II. Widoki powalają..
Czas ruszać w dalszą drogę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz