Wstajemy o 6:00 rano. Psy szczekają za oknem. Szybki prysznic, jakieś improwizowane śniadanie i wyruszamy na dworzec autobusowy. Właściciel hotelu 'załatwił' nam bilety i przewodnika na dworzec. Gwarantowane 15 minut spacerkiem wydłuża się do 45 minutowego marszobiegu z 15kg plecakami. Spóźniamy się na zaplanowany autobus. Następny jest jednak całkiem niedługo.
| Coś tam cieknie więc trzeba naprawić przed odjazdem |
Pakujemy się na tył. Dziewczyny ze swoimi ~160cm wzrostu ledwo mieszczą się z nogami. Tymczasem co mam powiedzieć ja z Łukaszem liczący ~190cm. Upchani czekamy, aż wszystkie miejsca zostaną zajęte.
Załoga autobusu składa się z kierowcy (dość oczywiste), mechanika pokładowego i pilota-konduktora.
Pilot-konduktor, nazwany przez nas szefem, stoi w drzwiach autobusu i wypatruje podróżnych, zbyt blisko jadących pojazdów tudzież innych zagrożeń. Daje też znaki dźwiękowe kierowcy. Dwa uderzenia w drzwi autobusu to znaczy 'jechać, jest OK', jedno uderzenie oznacza 'STOP!'. Czasami też daje sygnały dźwiękowe gwiżdżąc.
W autobusie mocno trzęsie, gra lokalna muzyka - chyba jakiś obecny przebój bo w ciągu podróży słyszeliśmy go kilka razy. Kierowca wzbudza zaufanie więc nawet się nie boimy podczas wyprzedzania na trzeciego. Generalnie załoga wie co robi. W końcu już trochę tu jeżdżą. Wszyscy stwierdzamy, że autobus dawno już ma za sobą pierwszą, a nawet drugą i trzecią młodość. Ale za to jest wesoło pomalowany.
Przerwa na obiad. Autobus zatrzymuje się pod jadłodajnią i wszyscy wysiadają. Zamawiamy dal-bhat czyli furę ryżu z dodatkami w postaci ziemniaków, warzyw i zupy soczewicowej. Gdy dojadamy mniej więcej do połowy zjawia się właściciel restauracji i dokłada tyle, że na talerzu jest więcej niż mieliśmy na samym początku. "Podoba nam się ten Nepal" - zgodnie stwierdzamy z Łukaszem.
Brzuchy pełne, autobus w rytmie lokalnej muzyki podskakuje dalej, podjazd pod górkę i zgrzyyyyyyt. Coś nie chce bieg wskoczyć. Po kilku próbach kierowca się poddaje i zjeżdżamy na pobocze. Zaczyna się naprawa. W tym oto momencie do akcji wkracza mechanik pokładowy. Po około 30 minutach pod autobusem leży już skrzynia biegów i kawałek silnika. "Żeby tylko potrafili to złożyć z powrotem" - myślimy.
Trzy godziny później udaje się złożyć autobus do kupy i ruszamy dalej. Wiemy już, że na miejsce dotrzemy po zmierzchu, zastanawiamy się jak będzie z noclegiem.
Między 19-20 docieramy na miejsce. Jakąś godzinę wcześniej skończył się asfalt i zaczęła górska wyboista droga. Osoby podróżujące autobusem wyglądały jak piłeczki ping-pongowe potrząsane w pudełku.
Moje podplecze, zwane potocznie du...ą boli już niemiłosiernie. Dodatkowo nabiłem sobie na głowie guza uderzając w sufit autobusu. Ale co tam - jest przygoda.
Nocleg, jest pokój. Powierzchnią nieznacznie przekracza wielkość dwóch łóżek, ale ważne, że jest czysto.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz