Na zakręcie przy stromym zboczu spotykamy starszą parę, jak się po chwili okazuje, Rosjan. Ja po rosyjsku znam pewnie kilka słów, oni zaś byli na podobnym poziomie angielskiego. Dowiaduję się, że dalej droga biegnie tuż przy wodospadzie i że trzeba przejść przez rzekę. Rosjanin na dodatek mówi, że 'dis woter, włery włery hot". Myślę o kurczę, słyszałem o gorących źródłach, ale gorący wodospad to będzie dla mnie absolutna nowość. Podbiegam do wodospadu i szybko przekonuję się, że woda jest "cold", a nie "hot". Jest wręcz lodowata. Taka mała pomyłka słówek :)
W końcu dochodzą do nas Ania, Oktawia i Łukasz. Stwierdzamy, że nie chce się nam wracać i decydujemy się przejść przez rzekę. Rwący nurt i bliska przepaść podnoszą adrenalinę na tyle, że nawet nie czuję za bardzo zimna. Adrenalina skacze chyba jeszcze bardziej jak tuż za rogiem zauważam Rosjanina stojącego tuż nad przepaścią i próbującego dosięgnąć mapy, która wisi na samym skraju. Irka trzyma go za rękę, ja odruchowo łapię Irkę i oboje krzyczymy, żeby odpuścił i zostawił tą mapę. No ale w końcu uradowany dosięga i wdrapuje się na drogę. Uff...
Za nami długi dzień. Pod sam wieczór docieramy do Chame. Jedzenie, prysznic, spanie. Jesteśmy zmęczeni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz