piątek, 19 października 2012

Dzień 13

Muktinath. Jedzenie, picie, odpoczynek i 'morning price'

Spałem jak zabity. Pomimo wieczornych rozmów tragarzy tuż za drzwiami, nawet nie wiem kiedy usnąłem. Budzę się, jest chyba około ósmej. Pić - pierwsze co myślę. Mamy trochę uzdatnianej wody. Wrzucam tabletkę multiwitaminy dla zabicia smaku chloru i po chwili gaszę pragnienie. Pokój jest niestety od strony północnej i pomimo świecącego już słońca jest w nim cały czas zimno.

Wspomnę trochę jeszcze o dniu wczorajszym. Po około 9h od wyjścia w trasę dotarliśmy do Muktinath. Dość szybko udało nam się znaleźć nocleg, z jak się później okazało, bardzo dobrym jedzeniem. W głowie czułem jeszcze pokonaną wysokość. Ciepły prysznic po kilku dniach niemycia się - to był luksus :) Na kolację, poza jedzeniem, oczywiście gorąca herbata... dużo herbaty.

First business, morning price
Ale wracając do dnia dzisiejszego. Reszta ekipy, zgodnie z planem, ma do nas dołączyć dopiero jutro. Teraz oni nie mają zasięgu więc nie mamy jak się ze sobą skontaktować. Planujemy więc, że po śniadaniu wybierzemy się na spacer po wiosce, a później na wzgórze i zwiedzanie świątyń.

Idziemy więc w kierunku centrum - powoli, żeby zbyt szybko nie dotrzeć ;)
Dookoła stragany z lokalnym, a przynajmniej mającym sprawiać takie wrażenie, rękodziełem. To nic, że na każdym straganie sprzedają praktycznie to samo.



Dalej docieramy do słynnego hotelu "Bob Marley". W tle słychać reggae, ale hotel nie sprawia na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. Jest w nim chyba najwięcej turystów porównując do pozostałych hoteli.








Zmęczeni trochę nagabywaniem przez ulicznych sprzedawców wyruszamy do świątyń zlokalizowanych na wzgórzu wznoszącym się nad Muktinath. Jak dowiedzieliśmy się wcześniej, dzisiaj jest jakieś święto. Po drodze spotykamy sporo pielgrzymów. Świątynia, do której zmierzamy to miejsce święte zarówno dla wyznawców Buddyzmu jak i Hinduizmu.



























Tuż przed dotarciem do świątyni dochodzi do nas SMS od Łukasza - "Przeszliśmy przełęcz. Będziemy dzisiaj". Udało im się trochę nadrobić i będą dzień wcześniej. Po kilku godzinach spotykamy się z nimi pod naszym hotelem. Patrząc na nich przypominam sobie jak sam wyglądałem wczoraj. "Piwa... piwa..." -  z trudnością szepce Łukasz... to ostanie akurat zmyśliłem, ale jak sobie go przypominam to wyglądał jakby to chciał właśnie powiedzieć.

Wieczorem, tuż przed kolacją, wychodzimy z aparatami na dach hotelu. Czekamy na zachodzące słońce tuż nad szczytem Dhaulagiri...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz