piątek, 19 kwietnia 2013
poniedziałek, 22 października 2012
Dzień 16
Beni - Pokhara. W stronę ciepła...
Dwie flaszki apple brandy zrobiły swoje... znaczy jedna... właściwie po 2 łyki. Sławna apple brandy z Marphy. Produkowana z lokalnych jabłek. Coś dlaczego warto jechać do Marphy. W kilku przewodnikach czytałem, że będąc w Marphie trzeba koniecznie zjeść szarlotkę i spróbować brandy.
Dla tak zareklamowanego trunku należy się kilka słów o tym co działo się dnia poprzedniego. Tuż przed wyjazdem z Marphy znaleźliśmy kawiarnię. Skusiły nas ciasta na wystawie. Zjedliśmy szarlotkę - bardzo dobra, szczerze polecam. Nadszedł czas na zakup brandy. Sprzedają to w butelkach półlitrowych, mniej więcej takich w jakich kiedyś u nas było piwo. W sklepie przy przystanku autobusowym mieli tego pełne półki. Zastanawiam się ile kupić... autobus już czeka. Ja jedną nogą w sklepie, drugą na schodkach autobusu. Słyszę krzyczącego Łukasza "dla mnie weź dwie". Ostatecznie w sumie kupuję dwie butelki. Wsiadam do autobusu. Jęki i zawodzenie czemu tak mało.
Po drodze do Beni rozmyślamy jak to wieczorem będziemy rozkoszować się tym wspaniałym trunkiem.
I w końcu. Hotel, aluminiowe kubeczki otwieramy pierwszą... i jedyną butelkę. Niuch, niuch - ale wali bimbrem. Pierwszy łyk i aż mnie skręca. Łeeech. Wali drożdżami jak najgorszy bimber. Na etykiecie napisane, że ma minimum 25%. Coś mi się wydaje, że ma znaczenie więcej. Każdy bierze po łyku i zapał spada :) Brendy nam nie podeszła. Drugą butelkę zostawiamy obsłudze hotelowej...
No ale wróćmy do dnia dzisiejszego. Piękny słoneczny poranek. Śniadanie zjedzone w leniwym tempie. Pakowanie i turlikamy się na dworzec. Dworzec mają tutaj z prawdziwego zdarzenia. Pełno długodystansowych autobusów. Oczywiście kilka kas i każda sprzedaje bilety do innego miasta docelowego.
Droga się wypłaszcza i robi się coraz szersza. Ruch też coraz większy. Jesteśmy chyba przed jakimś świętem bo widać, że miejscowi podróżują całymi rodzinami. Od czasu do czasu widać też ubijanie kóz czy innych zwierzaków. Ewidentnie zbliża się święto.
Po kilku godzinach docieramy do Pokhary. Kierowca wysadza nas na skrzyżowaniu i pokazuje ręką, w którym kierunku mamy iść. Jednak zanim ruszymy wolimy się przekonać czy dobrze zrozumieliśmy jego gest. Pytamy o drogę dwóch europejsko wyglądających kolesi. Okazuje się, że są z Niemiec i znają drogę nad jezioro. Kręcą jakiś film dokumentalny - przynajmniej tak nam mówią, a jeden z nich ma kamerę na drewnianym kijku.
Idziemy więc razem. Trochę ciężko bo plecaki zapakowane do pełna. Po 30 minutach błądzenia i zrobieniu pętli wychodzimy niedaleko miejsca, w którym spotkaliśmy naszych Niemców. Przyjazne pożegnanie i idziemy dalej sami. Docieramy do części turystycznej. Bardzo dużo różnego rodzaju sklepów. Całe ulice sklepów. Klimat taki trochę nadmorski.
Krówki... jakoś nikomu nie przeszkadzają i... chyba już mnie nawet nie dziwi ten widok. Kierowcy też cierpliwie czekają, aż krowia wycieczka przejdzie przez jezdnię.
A zapomniałbym o hotelu. Trochę dalej od ulicy handlowej udaje nam się znaleźć hotel. Mało ludzi... jak później się okazuje jesteśmy tam tylko my i trzech imprezujących Rosjan. Mają nawet gitarę i jednemu z nich wydaje się, że umie śpiewać. Cieszymy się nawet z tej małej ilości ludzi bo ciepła woda jest ze zbiornika nagrzewanego od słońca, więc całość praktycznie będzie dla nas.
Śpimy całkiem spokojnie. Nic nie zapowiada wydarzeń dnia kolejnego...
Dwie flaszki apple brandy zrobiły swoje... znaczy jedna... właściwie po 2 łyki. Sławna apple brandy z Marphy. Produkowana z lokalnych jabłek. Coś dlaczego warto jechać do Marphy. W kilku przewodnikach czytałem, że będąc w Marphie trzeba koniecznie zjeść szarlotkę i spróbować brandy.
Dla tak zareklamowanego trunku należy się kilka słów o tym co działo się dnia poprzedniego. Tuż przed wyjazdem z Marphy znaleźliśmy kawiarnię. Skusiły nas ciasta na wystawie. Zjedliśmy szarlotkę - bardzo dobra, szczerze polecam. Nadszedł czas na zakup brandy. Sprzedają to w butelkach półlitrowych, mniej więcej takich w jakich kiedyś u nas było piwo. W sklepie przy przystanku autobusowym mieli tego pełne półki. Zastanawiam się ile kupić... autobus już czeka. Ja jedną nogą w sklepie, drugą na schodkach autobusu. Słyszę krzyczącego Łukasza "dla mnie weź dwie". Ostatecznie w sumie kupuję dwie butelki. Wsiadam do autobusu. Jęki i zawodzenie czemu tak mało.
Po drodze do Beni rozmyślamy jak to wieczorem będziemy rozkoszować się tym wspaniałym trunkiem.
I w końcu. Hotel, aluminiowe kubeczki otwieramy pierwszą... i jedyną butelkę. Niuch, niuch - ale wali bimbrem. Pierwszy łyk i aż mnie skręca. Łeeech. Wali drożdżami jak najgorszy bimber. Na etykiecie napisane, że ma minimum 25%. Coś mi się wydaje, że ma znaczenie więcej. Każdy bierze po łyku i zapał spada :) Brendy nam nie podeszła. Drugą butelkę zostawiamy obsłudze hotelowej...
No ale wróćmy do dnia dzisiejszego. Piękny słoneczny poranek. Śniadanie zjedzone w leniwym tempie. Pakowanie i turlikamy się na dworzec. Dworzec mają tutaj z prawdziwego zdarzenia. Pełno długodystansowych autobusów. Oczywiście kilka kas i każda sprzedaje bilety do innego miasta docelowego.
Droga się wypłaszcza i robi się coraz szersza. Ruch też coraz większy. Jesteśmy chyba przed jakimś świętem bo widać, że miejscowi podróżują całymi rodzinami. Od czasu do czasu widać też ubijanie kóz czy innych zwierzaków. Ewidentnie zbliża się święto.
Po kilku godzinach docieramy do Pokhary. Kierowca wysadza nas na skrzyżowaniu i pokazuje ręką, w którym kierunku mamy iść. Jednak zanim ruszymy wolimy się przekonać czy dobrze zrozumieliśmy jego gest. Pytamy o drogę dwóch europejsko wyglądających kolesi. Okazuje się, że są z Niemiec i znają drogę nad jezioro. Kręcą jakiś film dokumentalny - przynajmniej tak nam mówią, a jeden z nich ma kamerę na drewnianym kijku.
Idziemy więc razem. Trochę ciężko bo plecaki zapakowane do pełna. Po 30 minutach błądzenia i zrobieniu pętli wychodzimy niedaleko miejsca, w którym spotkaliśmy naszych Niemców. Przyjazne pożegnanie i idziemy dalej sami. Docieramy do części turystycznej. Bardzo dużo różnego rodzaju sklepów. Całe ulice sklepów. Klimat taki trochę nadmorski.
Krówki... jakoś nikomu nie przeszkadzają i... chyba już mnie nawet nie dziwi ten widok. Kierowcy też cierpliwie czekają, aż krowia wycieczka przejdzie przez jezdnię.
A zapomniałbym o hotelu. Trochę dalej od ulicy handlowej udaje nam się znaleźć hotel. Mało ludzi... jak później się okazuje jesteśmy tam tylko my i trzech imprezujących Rosjan. Mają nawet gitarę i jednemu z nich wydaje się, że umie śpiewać. Cieszymy się nawet z tej małej ilości ludzi bo ciepła woda jest ze zbiornika nagrzewanego od słońca, więc całość praktycznie będzie dla nas.
Śpimy całkiem spokojnie. Nic nie zapowiada wydarzeń dnia kolejnego...
niedziela, 21 października 2012
Dzień 15
Jomsom - Beni. Dzień jabłkowy i czasoprzyspieszacz w postaci autobusu. Na krawędzi.
W końcu cieplejsza noc. Dotarliśmy wczoraj dość zmęczeni. Niby teren łatwy i wysokość już niższa, ale odległość i wiatr zrobiły swoje. Wieczorem zrobiliśmy jeszcze szybkie zakupy. Jakieś piwo, owoce i lokalne chipsy. W hotelu akurat była awaria ciepłej wody. Ja umyłem się w zimnej. Znalazłem na to dość dobry sposób. Zamiast włazić pod zimną wodę można nasączać gąbkę i lekko się nią spłukiwać. Nie jest aż tak zimno. Na szczęście właścicielka hotelu dostarczyła nam później wiadro gorącej wody, więc Irka już miała trochę lepiej z myciem.
No ale dość z dnia poprzedniego. Mamy piękny poranek. Wiatr przestał wiać. Czekamy na śniadanie na 1-szym piętrze hotelu. Mamy widok na główną ulicę Jomsom. Obserwujemy więc budzące się do życia miasteczko. Jedzenie jak zwykle wyśmienite.
Ruszamy w drogę. W pobliżu widzimy startujące co kilkanaście minut samoloty. Czytaliśmy wcześniej, że starty i lądowania odbywają się tutaj przed południem. Od południa zaczyna mocno wiać i lotnisko przestaje funkcjonować. Niosę w ręce paczkę chipsów z wczoraj. Kupiliśmy dwie, ale smak "masala coś tam" nie przypadł nam do gustu - chili wykręcające podniebienie ;)
Od Jomsom biegnie już normalna droga. Co chwilę coś przejeżdża. Dobrze, że mam na twarzy chustę bo każdy pojazd wznosi tumany kurzu.
Dochodzimy w końcu do Marphy. Prosto biegnie droga, która pozwala na ominięcie wioski. My jednak decydujemy się na przejście przez centrum.
Marpha jest miejscowością typowo turystyczną. Idąc przez całą wioskę mijamy sklepy z różnymi pamiątkami, lokalnymi ubraniami no i wyrobami z jabłek. Na miejscu można kupić świeży sok z jabłek, sprzedawany w butelkach po piwie o pojemności 0,66l albo mniejszych, apple brandy (taki jabcoko-bimber, paskudny w smaku, ale ryje beret) no i przepyszne ciasta z jabłkami. W jednej z napotkanych cukierni zatrzymujemy się na kawę i ciasto. Szarlotka jest niesamowita.
Z Marphy można jechać autobusem. Decydujemy, że wybierzemy tę opcję. Widoki co prawda nadal są powalające, ale zakurzona droga całkiem nas zniechęca. Poza tym nie mamy już tak dużo czasu i chcemy jeszcze trochę przeznaczyć na Pokharę i Kathmandu. Pakujemy się więc do lokalnego autobusu. Plecaki tym razem trafiają na dach. Dobrze, że w pokrowcach, bo kurz taki, że ciężko oddychać.
Jedziemy więc autobusem. Nie jest to taka podróż jak do tej pory. Jest całkiem inna. Jest zupełnie inna niż jakakolwiek podróż do tej pory w moim życiu ;)
Droga jest niewiele szersza od autobusu. Od czasu do czasu są miejsca, gdzie możemy wyminąć się z innymi pojazdami. Przez większą jednak część podróży jedziemy tuż nad przepaścią - dosłownie, koła autobusu jadą mniej niż pół metra od krawędzi przepaści. Jedynie opanowanie miejscowych podróżnych pozwala mi zachować spokój. Najgorsze są mijanki z innymi autobusami. Najbardziej boję się, że kierowca innego autobusu zrobi coś głupiego...
Dojeżdżamy
do Ghasy. Mała wioska. Centrum stanowi tutaj chyba dworzec autobusowy.
Nawet nie planowaliśmy jechać dalej, a tu okazuje się, że czeka właśnie
autobus do Beni. No i co najważniejsze, są jeszcze miejsca. Szybko
kupujemy bilety, jakieś ciastka i ruszamy w dalszą drogę. Nie mieliśmy
czasu nawet nic zjeść, ale co tam ciastka dadzą radę. Droga okazuje się
jeszcze gorsza niż do tej pory. Autobus jest mniejszy i znacznie
krótszy. Tłucze w nim niemiłosiernie i czasami mam wrażenie, że jedziemy
jeszcze bliżej przepaści niż poprzednio.
Do Beni dojeżdżamy już po zmierzchu. Zmęczeni, głodni, wkurzeni. Myślę tylko, żeby walnąć się spać. A tymczasem obskakuje nas grupka lokalsów proponując transport do Pokhary. "To Pokhara today, fast, taxi, jeep, not a problem. Not today? When are you going. Taxi tomorrow. When are you going to Pokhara" - krzyczą. W końcu odpowiadam - yesterday... Odchodząc widzimy jak nadal rozmyślają o cóż to mi chodziło ;)
W końcu cieplejsza noc. Dotarliśmy wczoraj dość zmęczeni. Niby teren łatwy i wysokość już niższa, ale odległość i wiatr zrobiły swoje. Wieczorem zrobiliśmy jeszcze szybkie zakupy. Jakieś piwo, owoce i lokalne chipsy. W hotelu akurat była awaria ciepłej wody. Ja umyłem się w zimnej. Znalazłem na to dość dobry sposób. Zamiast włazić pod zimną wodę można nasączać gąbkę i lekko się nią spłukiwać. Nie jest aż tak zimno. Na szczęście właścicielka hotelu dostarczyła nam później wiadro gorącej wody, więc Irka już miała trochę lepiej z myciem.
No ale dość z dnia poprzedniego. Mamy piękny poranek. Wiatr przestał wiać. Czekamy na śniadanie na 1-szym piętrze hotelu. Mamy widok na główną ulicę Jomsom. Obserwujemy więc budzące się do życia miasteczko. Jedzenie jak zwykle wyśmienite.
Ruszamy w drogę. W pobliżu widzimy startujące co kilkanaście minut samoloty. Czytaliśmy wcześniej, że starty i lądowania odbywają się tutaj przed południem. Od południa zaczyna mocno wiać i lotnisko przestaje funkcjonować. Niosę w ręce paczkę chipsów z wczoraj. Kupiliśmy dwie, ale smak "masala coś tam" nie przypadł nam do gustu - chili wykręcające podniebienie ;)
Od Jomsom biegnie już normalna droga. Co chwilę coś przejeżdża. Dobrze, że mam na twarzy chustę bo każdy pojazd wznosi tumany kurzu.
Dochodzimy w końcu do Marphy. Prosto biegnie droga, która pozwala na ominięcie wioski. My jednak decydujemy się na przejście przez centrum.
Marpha jest miejscowością typowo turystyczną. Idąc przez całą wioskę mijamy sklepy z różnymi pamiątkami, lokalnymi ubraniami no i wyrobami z jabłek. Na miejscu można kupić świeży sok z jabłek, sprzedawany w butelkach po piwie o pojemności 0,66l albo mniejszych, apple brandy (taki jabcoko-bimber, paskudny w smaku, ale ryje beret) no i przepyszne ciasta z jabłkami. W jednej z napotkanych cukierni zatrzymujemy się na kawę i ciasto. Szarlotka jest niesamowita.
Z Marphy można jechać autobusem. Decydujemy, że wybierzemy tę opcję. Widoki co prawda nadal są powalające, ale zakurzona droga całkiem nas zniechęca. Poza tym nie mamy już tak dużo czasu i chcemy jeszcze trochę przeznaczyć na Pokharę i Kathmandu. Pakujemy się więc do lokalnego autobusu. Plecaki tym razem trafiają na dach. Dobrze, że w pokrowcach, bo kurz taki, że ciężko oddychać.
Jedziemy więc autobusem. Nie jest to taka podróż jak do tej pory. Jest całkiem inna. Jest zupełnie inna niż jakakolwiek podróż do tej pory w moim życiu ;)
Droga jest niewiele szersza od autobusu. Od czasu do czasu są miejsca, gdzie możemy wyminąć się z innymi pojazdami. Przez większą jednak część podróży jedziemy tuż nad przepaścią - dosłownie, koła autobusu jadą mniej niż pół metra od krawędzi przepaści. Jedynie opanowanie miejscowych podróżnych pozwala mi zachować spokój. Najgorsze są mijanki z innymi autobusami. Najbardziej boję się, że kierowca innego autobusu zrobi coś głupiego...
| Nasz mały autobusik |
Do Beni dojeżdżamy już po zmierzchu. Zmęczeni, głodni, wkurzeni. Myślę tylko, żeby walnąć się spać. A tymczasem obskakuje nas grupka lokalsów proponując transport do Pokhary. "To Pokhara today, fast, taxi, jeep, not a problem. Not today? When are you going. Taxi tomorrow. When are you going to Pokhara" - krzyczą. W końcu odpowiadam - yesterday... Odchodząc widzimy jak nadal rozmyślają o cóż to mi chodziło ;)
sobota, 20 października 2012
Dzień 14
Muktinath - Jomsom. Niech inni jadą - my się przejdziemy.
Piękny poranek. Zimno, jeszcze trochę chmur po nocy zostało na niebie. Zbieramy się w dalszą drogę. Po dniu leniuchowania jakoś nie chce mi się pakować na plecy tego ciężkiego plecaka. Gorzej jednak mają Ania, Oktawia i Łukasz. Oni przecież wczoraj przeszli przez przełęcz i nie będą mieć nawet dnia odpoczynku. Ale twardzi są i z uśmiechem na twarzy ruszamy w dalszą drogę.
Noc wcześniej słyszeliśmy w jadalni, że większość turystów będzie jechać do Jomsom jeepem. Nie wiedzą co tracą. Przejście doliną Kali Gandaki pozostawi w nas niezapomniane wrażenia. Ale po kolei.
Zaraz za wioską ukazują się oto takie widoki jak na zdjęciu poniżej.
Zupełnie inaczej niż przed przełęczą. Tutaj wszystko w brązowych kolorach z ośnieżonymi szczytami na horyzoncie. Na szlaku spotkaliśmy może kilka osób.
Około południa docieramy do Lubry. Jest tam dosłownie jedna restauracja, na szczęście otwarta. Na twarzy właściciela widać uradowanie - na szlaku nie ma praktycznie nikogo, więc ruch w interesie pewnie kiepski. Szybko składamy zamówienie i z poburczywaniem naszych brzuchów czekamy na posiłek. Po godzinie nadchodzi - dal bhat set. Duuuża porcja. Na myśl o dokładce jestem jeszcze bardziej zadowolony z dokonanego wyboru.
Najedzeni ruszamy dalej. Nie szukając znaków szlaku po prostu dalej przez wioskę. Docieramy do koryta rzeki. Jest ono niesamowicie szeroki, na oko pewnie ze 100m, a w nim płynie potok o szerokości co najwyżej kilku metrów. Nie widzimy oznakowania szlaku więc sprawdzamy na mapie co dalej. Wychodzi na to, że idąc korytem rzeki dotrzemy do celu. Szybka narada i ruszamy dalej wzdłuż rzeki.
Wiatr wieje coraz bardziej. Słyszeliśmy wcześniej, że około południa zaczyna tutaj mocno wiać i trwa to aż do wieczora. Do wiatru należy dodać piasek i wszechobecny pył. Po chwili wszyscy zasłaniamy oczy i czujemy zgrzytanie w zębach. A wiatr wieje coraz mocniej...
Pod wieczór, smagani wiatrem, docieramy w końcu do Jomson. Zmęczeni jak co dzień. Jomson robi na mnie raczej negatywne wrażenie. Spodziewałem się bardziej turystycznego miasteczka. Tymczasem wygląda trochę na wymarłe. Śmiejemy się, że to taka trochę poczekalnia dla odlatujących z tutejszego lotniska.
Najważniejsze co teraz mamy w głowie to znalezienie banku. Ceny w okolicach przełęczy były trochę wyższe niż się spodziewaliśmy i teraz potrzebujemy trochę gotówki do czasu dotarcia do Pokhary. Znajdujemy w końcu bank, nepalski narodowy. Nazwa od razu wzbudza zaufanie. Na zewnątrz nie widać bankomatu więc wchodzimy do środka i tam... zaskoczenie. Za ladą jest jeden pracownik. Okazuje się, że bank jest nieczynny w zasadzie przez cały tydzień z powodu święta. Z resztą i tak nie mają tam bankomatu. Na szczęście mogą nam wymienić dolary. Zbieramy więc pozostałe zaskórniaki i wymieniamy. Nadal jednak gotówki mamy na styk. Na szczęście kilkanaście minut dalej, tuż przy lotnisku, są dwa komercyjne banki i tam mają bankomaty. Jesteśmy uratowani :)
Piękny poranek. Zimno, jeszcze trochę chmur po nocy zostało na niebie. Zbieramy się w dalszą drogę. Po dniu leniuchowania jakoś nie chce mi się pakować na plecy tego ciężkiego plecaka. Gorzej jednak mają Ania, Oktawia i Łukasz. Oni przecież wczoraj przeszli przez przełęcz i nie będą mieć nawet dnia odpoczynku. Ale twardzi są i z uśmiechem na twarzy ruszamy w dalszą drogę.
Noc wcześniej słyszeliśmy w jadalni, że większość turystów będzie jechać do Jomsom jeepem. Nie wiedzą co tracą. Przejście doliną Kali Gandaki pozostawi w nas niezapomniane wrażenia. Ale po kolei.
Zaraz za wioską ukazują się oto takie widoki jak na zdjęciu poniżej.
Zupełnie inaczej niż przed przełęczą. Tutaj wszystko w brązowych kolorach z ośnieżonymi szczytami na horyzoncie. Na szlaku spotkaliśmy może kilka osób.
Około południa docieramy do Lubry. Jest tam dosłownie jedna restauracja, na szczęście otwarta. Na twarzy właściciela widać uradowanie - na szlaku nie ma praktycznie nikogo, więc ruch w interesie pewnie kiepski. Szybko składamy zamówienie i z poburczywaniem naszych brzuchów czekamy na posiłek. Po godzinie nadchodzi - dal bhat set. Duuuża porcja. Na myśl o dokładce jestem jeszcze bardziej zadowolony z dokonanego wyboru.
Najedzeni ruszamy dalej. Nie szukając znaków szlaku po prostu dalej przez wioskę. Docieramy do koryta rzeki. Jest ono niesamowicie szeroki, na oko pewnie ze 100m, a w nim płynie potok o szerokości co najwyżej kilku metrów. Nie widzimy oznakowania szlaku więc sprawdzamy na mapie co dalej. Wychodzi na to, że idąc korytem rzeki dotrzemy do celu. Szybka narada i ruszamy dalej wzdłuż rzeki.
Wiatr wieje coraz bardziej. Słyszeliśmy wcześniej, że około południa zaczyna tutaj mocno wiać i trwa to aż do wieczora. Do wiatru należy dodać piasek i wszechobecny pył. Po chwili wszyscy zasłaniamy oczy i czujemy zgrzytanie w zębach. A wiatr wieje coraz mocniej...
Pod wieczór, smagani wiatrem, docieramy w końcu do Jomson. Zmęczeni jak co dzień. Jomson robi na mnie raczej negatywne wrażenie. Spodziewałem się bardziej turystycznego miasteczka. Tymczasem wygląda trochę na wymarłe. Śmiejemy się, że to taka trochę poczekalnia dla odlatujących z tutejszego lotniska.
Najważniejsze co teraz mamy w głowie to znalezienie banku. Ceny w okolicach przełęczy były trochę wyższe niż się spodziewaliśmy i teraz potrzebujemy trochę gotówki do czasu dotarcia do Pokhary. Znajdujemy w końcu bank, nepalski narodowy. Nazwa od razu wzbudza zaufanie. Na zewnątrz nie widać bankomatu więc wchodzimy do środka i tam... zaskoczenie. Za ladą jest jeden pracownik. Okazuje się, że bank jest nieczynny w zasadzie przez cały tydzień z powodu święta. Z resztą i tak nie mają tam bankomatu. Na szczęście mogą nam wymienić dolary. Zbieramy więc pozostałe zaskórniaki i wymieniamy. Nadal jednak gotówki mamy na styk. Na szczęście kilkanaście minut dalej, tuż przy lotnisku, są dwa komercyjne banki i tam mają bankomaty. Jesteśmy uratowani :)
piątek, 19 października 2012
Dzień 13
Muktinath. Jedzenie, picie, odpoczynek i 'morning price'
Spałem jak zabity. Pomimo wieczornych rozmów tragarzy tuż za drzwiami, nawet nie wiem kiedy usnąłem. Budzę się, jest chyba około ósmej. Pić - pierwsze co myślę. Mamy trochę uzdatnianej wody. Wrzucam tabletkę multiwitaminy dla zabicia smaku chloru i po chwili gaszę pragnienie. Pokój jest niestety od strony północnej i pomimo świecącego już słońca jest w nim cały czas zimno.
Wspomnę trochę jeszcze o dniu wczorajszym. Po około 9h od wyjścia w trasę dotarliśmy do Muktinath. Dość szybko udało nam się znaleźć nocleg, z jak się później okazało, bardzo dobrym jedzeniem. W głowie czułem jeszcze pokonaną wysokość. Ciepły prysznic po kilku dniach niemycia się - to był luksus :) Na kolację, poza jedzeniem, oczywiście gorąca herbata... dużo herbaty.
Ale wracając do dnia dzisiejszego. Reszta ekipy,
zgodnie z planem, ma do nas dołączyć dopiero jutro. Teraz oni nie mają
zasięgu więc nie mamy jak się ze sobą skontaktować. Planujemy więc, że
po śniadaniu wybierzemy się na spacer po wiosce, a później na wzgórze i
zwiedzanie świątyń.
Idziemy więc w kierunku centrum - powoli, żeby zbyt szybko nie dotrzeć ;)
Dookoła stragany z lokalnym, a przynajmniej mającym sprawiać takie wrażenie, rękodziełem. To nic, że na każdym straganie sprzedają praktycznie to samo.

Dalej docieramy do słynnego hotelu "Bob Marley". W tle słychać reggae, ale hotel nie sprawia na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. Jest w nim chyba najwięcej turystów porównując do pozostałych hoteli.
Zmęczeni trochę nagabywaniem przez ulicznych sprzedawców wyruszamy do świątyń zlokalizowanych na wzgórzu wznoszącym się nad Muktinath. Jak dowiedzieliśmy się wcześniej, dzisiaj jest jakieś święto. Po drodze spotykamy sporo pielgrzymów. Świątynia, do której zmierzamy to miejsce święte zarówno dla wyznawców Buddyzmu jak i Hinduizmu.
Tuż przed dotarciem do świątyni dochodzi do nas SMS od Łukasza - "Przeszliśmy przełęcz. Będziemy dzisiaj". Udało im się trochę nadrobić i będą dzień wcześniej. Po kilku godzinach spotykamy się z nimi pod naszym hotelem. Patrząc na nich przypominam sobie jak sam wyglądałem wczoraj. "Piwa... piwa..." - z trudnością szepce Łukasz... to ostanie akurat zmyśliłem, ale jak sobie go przypominam to wyglądał jakby to chciał właśnie powiedzieć.
Wieczorem, tuż przed kolacją, wychodzimy z aparatami na dach hotelu. Czekamy na zachodzące słońce tuż nad szczytem Dhaulagiri...
Spałem jak zabity. Pomimo wieczornych rozmów tragarzy tuż za drzwiami, nawet nie wiem kiedy usnąłem. Budzę się, jest chyba około ósmej. Pić - pierwsze co myślę. Mamy trochę uzdatnianej wody. Wrzucam tabletkę multiwitaminy dla zabicia smaku chloru i po chwili gaszę pragnienie. Pokój jest niestety od strony północnej i pomimo świecącego już słońca jest w nim cały czas zimno.
Wspomnę trochę jeszcze o dniu wczorajszym. Po około 9h od wyjścia w trasę dotarliśmy do Muktinath. Dość szybko udało nam się znaleźć nocleg, z jak się później okazało, bardzo dobrym jedzeniem. W głowie czułem jeszcze pokonaną wysokość. Ciepły prysznic po kilku dniach niemycia się - to był luksus :) Na kolację, poza jedzeniem, oczywiście gorąca herbata... dużo herbaty.
| First business, morning price |
Idziemy więc w kierunku centrum - powoli, żeby zbyt szybko nie dotrzeć ;)
Dookoła stragany z lokalnym, a przynajmniej mającym sprawiać takie wrażenie, rękodziełem. To nic, że na każdym straganie sprzedają praktycznie to samo.
Dalej docieramy do słynnego hotelu "Bob Marley". W tle słychać reggae, ale hotel nie sprawia na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. Jest w nim chyba najwięcej turystów porównując do pozostałych hoteli.
Zmęczeni trochę nagabywaniem przez ulicznych sprzedawców wyruszamy do świątyń zlokalizowanych na wzgórzu wznoszącym się nad Muktinath. Jak dowiedzieliśmy się wcześniej, dzisiaj jest jakieś święto. Po drodze spotykamy sporo pielgrzymów. Świątynia, do której zmierzamy to miejsce święte zarówno dla wyznawców Buddyzmu jak i Hinduizmu.
Tuż przed dotarciem do świątyni dochodzi do nas SMS od Łukasza - "Przeszliśmy przełęcz. Będziemy dzisiaj". Udało im się trochę nadrobić i będą dzień wcześniej. Po kilku godzinach spotykamy się z nimi pod naszym hotelem. Patrząc na nich przypominam sobie jak sam wyglądałem wczoraj. "Piwa... piwa..." - z trudnością szepce Łukasz... to ostanie akurat zmyśliłem, ale jak sobie go przypominam to wyglądał jakby to chciał właśnie powiedzieć.
Wieczorem, tuż przed kolacją, wychodzimy z aparatami na dach hotelu. Czekamy na zachodzące słońce tuż nad szczytem Dhaulagiri...
czwartek, 18 października 2012
Dzień 12
Thorung La. Poranny jogging, rozmowy z wielkim Shivą i moje najdłuższe 9 godzin w górach.
Budzik dzwoni o 4:45. Nie śpię już od kilku godzin i w zasadzie czuję ulgę, że już musimy wstać. Pełnym snem przespałem około 3 godzin i zastanawiam się jak dam radę dzisiaj iść. Spoglądam jeszcze raz na zegarek. Temperatura 0 stopni, ciśnienie około 580 hPa. No dobra, trzeba wyjść ze śpiwora i się ubrać. Ruchem dżdżownicy przesuwam się na skraj łóżka i sięgam po przygotowane wcześniej ubrania. Najpierw od pasa w górę - wełniana bielizna i kurtka. Potem 1..2..3.. wyskakuję ze śpiwora i szybko ubieram spodnie. Jest dobrze. Najtrudniejsza była myśl i decyzja o wyjściu z ciepłego łóżka. Jeszcze tylko wełniane skarpetki, buty i można iść na śniadanie. Irka też już jest prawie gotowa. Przy świetle czołówek zaczynamy pakowanie. Niby w pokoju jest światło, ale to pewnie żarówka 10 watowa bo mało co przy niej widać.
Tuż przed 05:00 do drzwi puka obsługa schroniska i mówi, że śniadanie już gotowe. Fajnie myślę, dbają, żeby nikt nie zaspał. Wychodzimy na zewnątrz. Jest jeszcze całkiem ciemno i na niebie widać gwiazdy. Bezwietrznie, po wczorajszych chmurach ani śladu.Czuję lekkie podekscytowanie.
W jadalni jesteśmy sami. Szybko podają gorącą owsiankę, tibetan bread z dżemem i herbatę. Chyba najlepsza opcja na treku. Chlebek zapycha, a owsianka rozgrzewa... i w sumie też zapycha. Tuż przed dokończeniem śniadania mój brzuch stwierdza, że jednak 'nie będem go zjadł' no i muszę do toalety. Biegnę, ale na tej wysokości nie jest to łatwe... rety rety... rety rety... szlag by to! - myślę. Jeszcze tego brakowało. Biegnę, biegnę i... meta!!! Uff, sytuacja opanowana.
Napełniamy termos wrzącą herbatą. Mamy tylko 0.7l, ale wymyśliliśmy, że będziemy gorącą herbatę rozcieńczać z wodą z butelki i powinno wystarczyć na dłużej.
Równo o 06:00 wychodzimy na szlak. Słońce już
wzeszło, ale nadal jest za szczytami. Jest dość zimno, na oko kilka
stopni poniżej zera. Mam tylko polarowe rękawiczki i zastanawiam się czy
dadzą radę. Czuję już grabienie palców. Przez chwilę idę jako pierwszy,
ale coś szybko łapię zadyszkę. Zmieniamy się i teraz Irka idzie
przodem. Krok, wdech, krok, wydech. Po kilkunastu krokach przerwa na
wyrównanie oddechu.
Do High Camp mamy 475 metrów stromego podejścia. Widzimy za nami kilka osób idących w podobnym tempie i równie ciężko dyszących. Ścieżka biegnie cały czas w cieniu, ale już jestem rozgrzany i idzie mi się całkiem dobrze. Próbuję wziąć kolejny łyk zimnej wody z camel baga i.. nic. Woda w rurce zamarzła.
Po godzinie docieramy do High Campu. Wychodzimy w końcu z cienia i robi się przyjemnie ciepło. Odpoczywamy. Trochę herbaty. Patrzymy jak wyglądają pokoje i w sumie cieszymy się, że nie zdecydowaliśmy się na nocleg tutaj. W nocy musiało być tu nieźle zimno. W głowie czuję jakby lekką próżnię, ale ogólnie nie jest źle.
Ruszamy dalej. Ścieżka biegnie dość płasko, za nami widać przepiękne szczyty. Krajobraz dokoła już typowo wysokogórski. W pewnym momencie zaczynam się dziwnie czuć.
- Zaraz zaraz, jestem w Nepalu, przede mną idzie Irka... w Nepalu... ale w sumie hmm... gdzie idziemy? - myślę. No ale nic się nie odzywam i idę dalej. Trochę chyba zwalniam. Po chwili znowu coś dziwnego. Czuję się jakbym oglądał sam siebie w jakimś filmie. W ogóle czuję, jakby moje 'ja' było nade mną i jakbym patrzył na siebie z góry.
- Irka, zaczekaj - wołam. Mówię, jej o co chodzi. Stajemy na chwilę, ale to nie pomaga. Kilka pytań od Irki, czy mam zawroty, czy ból głowy czy mi niedobrze. Nic z tych rzeczy. Jedynie ciężko jest mi racjonalnie myśleć. Idziemy dalej. Docieramy do tea house'u na 5000m n.p.m. Siadamy. Nadal czuję się jak na bani. Ale chyba zaczyna być lepiej. Po około 15 minutach zaczynam racjonalnie myśleć i łatwiej jest mi formułować zdania.

Do góry mamy jeszcze około 400m. Decydujemy, że każde z nas idzie teraz swoim tempem i zaczyna się to sprawdzać. Najgorsze są momenty zatrzymania się i ponownego ruszenia. Widoki dookoła powalają. Ścieżka jest lekko przyprószona śniegiem - efekt wczorajszych opadów. Słońce jest tak mocne, że nie pozwala na ściągnięcie okularów. Czuję się już całkiem dobrze. Jedyne objawy wysokości to uczucie próżni w głowie i lekkie jakby oszołomienie. Kolejne wzniesienie i... to jeszcze nie przełęcz. Takich "fałszywych" przełęczy jest chyba kilka.
W końcu widzimy powiewające chorągiewki modlitewne i
.. tak to już przełęcz. 5416m n.p.m. - pierwszy raz w życiu jestem na
takiej wysokości. Zrzucam plecak, ubieram ciepłą kurtkę. Myślałem, że
będę się jakoś super cieszył, że nastąpi jakiś wybuch radości, ale nic.
Po prostu jestem zmęczony. Wypijamy trochę herbaty. Próbujemy zjeść
batonika, ale robi się nam niedobrze. Jeszcze jakieś zdjęcie i trzeba
iść dalej.
Zejście jest trudniejsze niż myślałem, że będzie. Niby cały czas w dół i niestromo, ale brak snu w nocy daje mi się we znaki. Momentami przysypiam. Zatrzymujemy się na chwilę na polanie i zasypiamy na siedząco. Nigdy w życiu nie byłem jeszcze tak zmęczony. Herbata się skończyła. Uzdatniana woda nie smakuje. Widoki za to rekompensowały wszelkie trudy dzisiejszego dnia. Wszystko w brązowym kolorze, jakby kamienna pustynia w środku gór. Doczłapujemy w końcu do pierwszych domów. Wypadałoby coś zjeść, ale na myśl o jedzeniu robi mi się niedobrze. Kupujemy Sprite'a. Co za smak. Zimny.. mmm. Cukier chyba pomaga bo odzyskuję energię. Jeszcze godzina drogi przed nami i będziemy w Muktinath.
Budzik dzwoni o 4:45. Nie śpię już od kilku godzin i w zasadzie czuję ulgę, że już musimy wstać. Pełnym snem przespałem około 3 godzin i zastanawiam się jak dam radę dzisiaj iść. Spoglądam jeszcze raz na zegarek. Temperatura 0 stopni, ciśnienie około 580 hPa. No dobra, trzeba wyjść ze śpiwora i się ubrać. Ruchem dżdżownicy przesuwam się na skraj łóżka i sięgam po przygotowane wcześniej ubrania. Najpierw od pasa w górę - wełniana bielizna i kurtka. Potem 1..2..3.. wyskakuję ze śpiwora i szybko ubieram spodnie. Jest dobrze. Najtrudniejsza była myśl i decyzja o wyjściu z ciepłego łóżka. Jeszcze tylko wełniane skarpetki, buty i można iść na śniadanie. Irka też już jest prawie gotowa. Przy świetle czołówek zaczynamy pakowanie. Niby w pokoju jest światło, ale to pewnie żarówka 10 watowa bo mało co przy niej widać.
Tuż przed 05:00 do drzwi puka obsługa schroniska i mówi, że śniadanie już gotowe. Fajnie myślę, dbają, żeby nikt nie zaspał. Wychodzimy na zewnątrz. Jest jeszcze całkiem ciemno i na niebie widać gwiazdy. Bezwietrznie, po wczorajszych chmurach ani śladu.Czuję lekkie podekscytowanie.
W jadalni jesteśmy sami. Szybko podają gorącą owsiankę, tibetan bread z dżemem i herbatę. Chyba najlepsza opcja na treku. Chlebek zapycha, a owsianka rozgrzewa... i w sumie też zapycha. Tuż przed dokończeniem śniadania mój brzuch stwierdza, że jednak 'nie będem go zjadł' no i muszę do toalety. Biegnę, ale na tej wysokości nie jest to łatwe... rety rety... rety rety... szlag by to! - myślę. Jeszcze tego brakowało. Biegnę, biegnę i... meta!!! Uff, sytuacja opanowana.
Napełniamy termos wrzącą herbatą. Mamy tylko 0.7l, ale wymyśliliśmy, że będziemy gorącą herbatę rozcieńczać z wodą z butelki i powinno wystarczyć na dłużej.
| High Camp pod Thorung La |
Do High Camp mamy 475 metrów stromego podejścia. Widzimy za nami kilka osób idących w podobnym tempie i równie ciężko dyszących. Ścieżka biegnie cały czas w cieniu, ale już jestem rozgrzany i idzie mi się całkiem dobrze. Próbuję wziąć kolejny łyk zimnej wody z camel baga i.. nic. Woda w rurce zamarzła.
Po godzinie docieramy do High Campu. Wychodzimy w końcu z cienia i robi się przyjemnie ciepło. Odpoczywamy. Trochę herbaty. Patrzymy jak wyglądają pokoje i w sumie cieszymy się, że nie zdecydowaliśmy się na nocleg tutaj. W nocy musiało być tu nieźle zimno. W głowie czuję jakby lekką próżnię, ale ogólnie nie jest źle.
Ruszamy dalej. Ścieżka biegnie dość płasko, za nami widać przepiękne szczyty. Krajobraz dokoła już typowo wysokogórski. W pewnym momencie zaczynam się dziwnie czuć.
- Zaraz zaraz, jestem w Nepalu, przede mną idzie Irka... w Nepalu... ale w sumie hmm... gdzie idziemy? - myślę. No ale nic się nie odzywam i idę dalej. Trochę chyba zwalniam. Po chwili znowu coś dziwnego. Czuję się jakbym oglądał sam siebie w jakimś filmie. W ogóle czuję, jakby moje 'ja' było nade mną i jakbym patrzył na siebie z góry.
- Irka, zaczekaj - wołam. Mówię, jej o co chodzi. Stajemy na chwilę, ale to nie pomaga. Kilka pytań od Irki, czy mam zawroty, czy ból głowy czy mi niedobrze. Nic z tych rzeczy. Jedynie ciężko jest mi racjonalnie myśleć. Idziemy dalej. Docieramy do tea house'u na 5000m n.p.m. Siadamy. Nadal czuję się jak na bani. Ale chyba zaczyna być lepiej. Po około 15 minutach zaczynam racjonalnie myśleć i łatwiej jest mi formułować zdania.
Do góry mamy jeszcze około 400m. Decydujemy, że każde z nas idzie teraz swoim tempem i zaczyna się to sprawdzać. Najgorsze są momenty zatrzymania się i ponownego ruszenia. Widoki dookoła powalają. Ścieżka jest lekko przyprószona śniegiem - efekt wczorajszych opadów. Słońce jest tak mocne, że nie pozwala na ściągnięcie okularów. Czuję się już całkiem dobrze. Jedyne objawy wysokości to uczucie próżni w głowie i lekkie jakby oszołomienie. Kolejne wzniesienie i... to jeszcze nie przełęcz. Takich "fałszywych" przełęczy jest chyba kilka.
| Thorung La |
| Zejście z przełęczy |
Zejście jest trudniejsze niż myślałem, że będzie. Niby cały czas w dół i niestromo, ale brak snu w nocy daje mi się we znaki. Momentami przysypiam. Zatrzymujemy się na chwilę na polanie i zasypiamy na siedząco. Nigdy w życiu nie byłem jeszcze tak zmęczony. Herbata się skończyła. Uzdatniana woda nie smakuje. Widoki za to rekompensowały wszelkie trudy dzisiejszego dnia. Wszystko w brązowym kolorze, jakby kamienna pustynia w środku gór. Doczłapujemy w końcu do pierwszych domów. Wypadałoby coś zjeść, ale na myśl o jedzeniu robi mi się niedobrze. Kupujemy Sprite'a. Co za smak. Zimny.. mmm. Cukier chyba pomaga bo odzyskuję energię. Jeszcze godzina drogi przed nami i będziemy w Muktinath.
środa, 17 października 2012
Dzień 11
Yak Kharka - Thorung Phedi. Mglisty poranek, zadyszka, sąsiad spod blachy i pierwszy ból głowy.
Wstajemy jak zwykle o 6-stej. Czuję się znacznie lepiej. Gorączka przeszła i mam chyba więcej sił. Na śniadanie gorąca zupa i do tego herbata. Dobrze rozgrzewa.
Niebo jest mocno zachmurzone i do tego utrzymuje się mgła. Dobrze ubrani ruszamy w górę. Poranek jest dość zimny ale na szczęście zza szczytów szybko wychodzi słońce i robi się ciepło. Jednak zapowiada się całkiem słoneczny dzień.
Krok, wdech, krok, wydech, krok, wdech... krok... I tak stopa za stopą podążamy do góry. Od czasu do czasu zatrzymuję się, wspieram na kijkach i wyrównuję oddech. Zadyszka pojawia się co chwilę. Irka idzie przodem i zastanawiam się skąd ona ma taką kondycję. Dzisiejszy dzień to tylko 3,5 godziny drogi, ale wiemy, że musimy się oszczędzać przed dniem jutrzejszym.
Docieramy w końcu do Thorung Phedi. Zadyszka, nie chce mi się mówić. Siedzę i czekam, aż oddech się ustabilizuje. Irka między czasie załatwia nocleg. Doczłapuję jeszcze trochę pod górę do pokoju. Jest chyba przed południem, więc czeka nas długi dzień. Nie ma za bardzo co robić więc siedzimy w śpiworach do pory obiadowej.
Zaczynają nas boleć głowy. Niskie ciśnienie robi swoje. Wysokość 4540m n.p.m, ciśnienie około 590hPa. W pokoju po południu jest około 6 stopni. Pić, ale woda jakoś nie bardzo w takim zimnie wchodzi. Idziemy do kuchni po termos herbaty. Ceny herbaty czy wrzątku prawie 2 razy wyższe niż na początku treku. W jadalni tłoczno, ale przynajmniej jest w miarę ciepło. Jak się później dowiedzieliśmy, Łukasz z Anią i Oktawią trafili w Thorung Phedi na gorszy nocleg bo jadalnia nie była ogrzewana.
Zaczyna padać śnieg. Spoglądam za okno i nagle po ziemi przemyka jakiś cień.. e nie wydawało mi się. Ale za chwile znowu coś przebiega. Czekam więc z aparatem przy oknie i w końcu spod blachy opartej o kamień wychodzi nasz mały sąsiad widoczny na zdjęciu obok :)
Dość wcześnie kładziemy się spać. Śniadanie mamy zamówione na 05:00. Wyjście na przełęcz planujemy na 06:00. Słyszeliśmy, że niektóre grupy będą wychodzić po 3-ciej. Zastanawiamy się po co tak wcześnie? Jutrzejszy dzień to około 9 godzin marszu więc nie widzę sensu, żeby zrywać się w środku nocy.
Około północy budzę się łapczywie łapiąc powietrze. Szybko oddycham, aż oddech wraca do normy. Słyszałem, że na tej wysokości to normalne. Spowolniony oddech podczas snu nie wystarcza, żeby odpowiednio dotlenić organizm. Nie śpię już do samego rana. Co chwilę spoglądam na zegarek. Temperatura w pokoju spada do około 0 stopni.
Wstajemy jak zwykle o 6-stej. Czuję się znacznie lepiej. Gorączka przeszła i mam chyba więcej sił. Na śniadanie gorąca zupa i do tego herbata. Dobrze rozgrzewa.
Niebo jest mocno zachmurzone i do tego utrzymuje się mgła. Dobrze ubrani ruszamy w górę. Poranek jest dość zimny ale na szczęście zza szczytów szybko wychodzi słońce i robi się ciepło. Jednak zapowiada się całkiem słoneczny dzień.
Krok, wdech, krok, wydech, krok, wdech... krok... I tak stopa za stopą podążamy do góry. Od czasu do czasu zatrzymuję się, wspieram na kijkach i wyrównuję oddech. Zadyszka pojawia się co chwilę. Irka idzie przodem i zastanawiam się skąd ona ma taką kondycję. Dzisiejszy dzień to tylko 3,5 godziny drogi, ale wiemy, że musimy się oszczędzać przed dniem jutrzejszym.
Docieramy w końcu do Thorung Phedi. Zadyszka, nie chce mi się mówić. Siedzę i czekam, aż oddech się ustabilizuje. Irka między czasie załatwia nocleg. Doczłapuję jeszcze trochę pod górę do pokoju. Jest chyba przed południem, więc czeka nas długi dzień. Nie ma za bardzo co robić więc siedzimy w śpiworach do pory obiadowej.
Zaczynają nas boleć głowy. Niskie ciśnienie robi swoje. Wysokość 4540m n.p.m, ciśnienie około 590hPa. W pokoju po południu jest około 6 stopni. Pić, ale woda jakoś nie bardzo w takim zimnie wchodzi. Idziemy do kuchni po termos herbaty. Ceny herbaty czy wrzątku prawie 2 razy wyższe niż na początku treku. W jadalni tłoczno, ale przynajmniej jest w miarę ciepło. Jak się później dowiedzieliśmy, Łukasz z Anią i Oktawią trafili w Thorung Phedi na gorszy nocleg bo jadalnia nie była ogrzewana.
Zaczyna padać śnieg. Spoglądam za okno i nagle po ziemi przemyka jakiś cień.. e nie wydawało mi się. Ale za chwile znowu coś przebiega. Czekam więc z aparatem przy oknie i w końcu spod blachy opartej o kamień wychodzi nasz mały sąsiad widoczny na zdjęciu obok :)
Dość wcześnie kładziemy się spać. Śniadanie mamy zamówione na 05:00. Wyjście na przełęcz planujemy na 06:00. Słyszeliśmy, że niektóre grupy będą wychodzić po 3-ciej. Zastanawiamy się po co tak wcześnie? Jutrzejszy dzień to około 9 godzin marszu więc nie widzę sensu, żeby zrywać się w środku nocy.
Około północy budzę się łapczywie łapiąc powietrze. Szybko oddycham, aż oddech wraca do normy. Słyszałem, że na tej wysokości to normalne. Spowolniony oddech podczas snu nie wystarcza, żeby odpowiednio dotlenić organizm. Nie śpię już do samego rana. Co chwilę spoglądam na zegarek. Temperatura w pokoju spada do około 0 stopni.
wtorek, 16 października 2012
Dzień 10
Shree Kharka - Yak Kharka. Gorączka. Zmiana planów. W dół i znowu na 4000m.
Niestety, jednak nie wyzdrowiałem. W nocy czułem się znacznie gorzej niż poprzedniego dnia rano. Miałem dreszcze, było mi zimno i nie mogłem swobodnie oddychać przez nos. No to super - pomyślałem. Wziąłem coś na gorączkę i jakoś dotrwałem do rana.
Budzę się trochę przed 6-stą i czuję, że dzisiaj z wyjścia wyżej nici. Wszystko przychodzi mi z trudem. Katar jak sto pięćdziesiąt. Przy śniadaniu zmieniamy plany. Razem z Irką decydujemy się schodzić niżej i potem iść od razu w stronę przełęczy. Chociaż przez 2 dni będzie trochę cieplej.
Od tej pory, aż do Muktinath idziemy osobno. Oktawia, Ania i Łukasz poszli na Tilicho Lake. Jest mi strasznie szkoda. Przed wyjazdem oglądaliśmy zdjęcia z tego jeziora i wyglądały niesamowicie. Nie mieliśmy pewności, że wystarczy nam czasu na jezioro, ale wszystko tak się złożyło, że było w naszym zasięgu. Szkoda, że choroba pokrzyżowała plany. Ale cóż, trzeba iść dalej. Przed nami zejście, o ile dobrze pamiętam to do około 3700m, a potem znowu wejście na 4018m n.p.m.
Ścieżka zakręca mocno w lewo i zaczyna schodzić w
dół. Wchodzimy jakby do sadu. Kolejny raz czujemy się jak w jakiejś
bajkowej krainie. Zejście robi się coraz bardziej strome. Dobrze, że
jest sucho. W połączeniu z deszczem ścieżka byłaby idealną zjeżdżalnią.
Kolejne podejście. Zaczynam mieć powoli dość. Wiem, że w Tatrach przy takim nachyleniu byłbym w stanie wbiec - nawet z takim plecakiem. Tymczasem idę wolnym krokiem, noga za nogą, pamiętając o równym oddechu.
W Yak Kharce trafia nam się nasłoneczniony pokój.
Fajnie bo przez kilka godzin do zachodu będziemy mieli ciepło. Pijemy,
dużo pijemy. Lekki obiad i idziemy spać.
Wieczór spędzamy w jadalni. Tuż po naszym przyjściu obsługa rozpala piec. Na początek kilka szczap drewna, a potem ususzone kupy jaków. Tutaj to nic nadzwyczajnego - normalny opał.
Nasze zainteresowanie wzbudza kilkunastoletni chłopiec roznoszący posiłki. W uchu ma kolczyk, a na głowie czerwoną wełnianą beretkę założoną na bakier. Do tego jego zabawny angielski. Jeszcze dzisiaj śmieję się w myślach gdy przypominam sobie "pootato duup" czyli "potato soup".
Około 20-tej wracamy z jadalni do naszego pokoju. Na zewnątrz prószy śnieg. Chyba nadchodzi zmiana pogody. W pokoju ciepło, nad ranem temperatura nie spadła poniżej 8 stopni.
Niestety, jednak nie wyzdrowiałem. W nocy czułem się znacznie gorzej niż poprzedniego dnia rano. Miałem dreszcze, było mi zimno i nie mogłem swobodnie oddychać przez nos. No to super - pomyślałem. Wziąłem coś na gorączkę i jakoś dotrwałem do rana.
Budzę się trochę przed 6-stą i czuję, że dzisiaj z wyjścia wyżej nici. Wszystko przychodzi mi z trudem. Katar jak sto pięćdziesiąt. Przy śniadaniu zmieniamy plany. Razem z Irką decydujemy się schodzić niżej i potem iść od razu w stronę przełęczy. Chociaż przez 2 dni będzie trochę cieplej.
Od tej pory, aż do Muktinath idziemy osobno. Oktawia, Ania i Łukasz poszli na Tilicho Lake. Jest mi strasznie szkoda. Przed wyjazdem oglądaliśmy zdjęcia z tego jeziora i wyglądały niesamowicie. Nie mieliśmy pewności, że wystarczy nam czasu na jezioro, ale wszystko tak się złożyło, że było w naszym zasięgu. Szkoda, że choroba pokrzyżowała plany. Ale cóż, trzeba iść dalej. Przed nami zejście, o ile dobrze pamiętam to do około 3700m, a potem znowu wejście na 4018m n.p.m.
| Sad jabłkowy? |
Kolejne podejście. Zaczynam mieć powoli dość. Wiem, że w Tatrach przy takim nachyleniu byłbym w stanie wbiec - nawet z takim plecakiem. Tymczasem idę wolnym krokiem, noga za nogą, pamiętając o równym oddechu.
| W jadalni |
Wieczór spędzamy w jadalni. Tuż po naszym przyjściu obsługa rozpala piec. Na początek kilka szczap drewna, a potem ususzone kupy jaków. Tutaj to nic nadzwyczajnego - normalny opał.
Nasze zainteresowanie wzbudza kilkunastoletni chłopiec roznoszący posiłki. W uchu ma kolczyk, a na głowie czerwoną wełnianą beretkę założoną na bakier. Do tego jego zabawny angielski. Jeszcze dzisiaj śmieję się w myślach gdy przypominam sobie "pootato duup" czyli "potato soup".
Około 20-tej wracamy z jadalni do naszego pokoju. Na zewnątrz prószy śnieg. Chyba nadchodzi zmiana pogody. W pokoju ciepło, nad ranem temperatura nie spadła poniżej 8 stopni.
poniedziałek, 15 października 2012
Dzień 9
Ngawal - Manang - Shree Kharka. Nadal poza drogą. Jaki. Noc na 4000m n.p.m.
Wstawanie o 06:00 staje się powoli rutyną. Szybkie śniadanie, pakowanie i ruszamy w drogę. W cieniu dość zimno ale szybko wychodzi słońce i robi się idealna temperatura. O tym co widać dookoła trudno mi pisać. Jeden obraz wart jest więcej niż tysiąc słów :)
W Mugje zatrzymujemy się w przydrożnej piekarni. Jak magnes przyciągają mnie drożdżówki wyłożone za szybą. Raczej nie są pieczone na miejscu, ale wyglądają w miarę świeżo. Sprzedawca proponuje, że może je nam podgrzać na co oczywiście się zgadzamy. Tutaj też po raz pierwszy spotykamy stado jaków. Ivan z Łukaszem fotografują dzieci, które dość chętnie pozują. Kilkaset metrów dalej dochodzimy do malowniczej doliny z rzeką, stadami jaków i białymi szczytami w tle.
Około południa jesteśmy Manang. Miasteczko jakoś szczególnie mnie nie zachwyciło. Przed wylotem zamierzaliśmy zostać tam jeden dzień na aklimatyzację, ale plany się zmieniły. Dzięki wybraniu szlaku przez Upper Pisang mieliśmy już aklimatyzację do prawie 3700m, więc stwierdziliśmy, że ruszymy jeszcze tego samego dnia do Shree Kharki. Ivan niestety został w Manang. On też był trochę chory i chciał wyzdrowieć przed dalszą drogą.
Podejście do Shree Kharki jest mocno strome. Wysokość wszystkim daje się we znaki. Ja o dziwo czuję się lepiej niż rano - czyżbym już wyzdrowiał? Idę równym tempem, tuż za mną idzie Irka. Na miejsca docieramy chwilę przed pozostałą trójką naszej wyprawy. Jest zimno. Słońce powoli chowa się za szczytami i czujemy, że niedługo będzie jeszcze zimniej.
Zrzucamy plecaki w pokojach i zbieramy się do jadalni - jedyne miejsce gdzie wieczorem jest ciepło. Spora kolacja, dużo herbaty. Mieszanka słońca, gorąca, zimna i kilku godzin marszu każdego zmęczyła. Kolejny termos wrzątku i już paruje kubek z herbatą. Przyjemne ciepło. Zerkam na chwilę do pokoju na termometr w zegarku. Pokazuje 6 stopni, a to dopiero wieczór. Rano temperatura spada do niecałych 3 stopni.
Wstawanie o 06:00 staje się powoli rutyną. Szybkie śniadanie, pakowanie i ruszamy w drogę. W cieniu dość zimno ale szybko wychodzi słońce i robi się idealna temperatura. O tym co widać dookoła trudno mi pisać. Jeden obraz wart jest więcej niż tysiąc słów :)
W Mugje zatrzymujemy się w przydrożnej piekarni. Jak magnes przyciągają mnie drożdżówki wyłożone za szybą. Raczej nie są pieczone na miejscu, ale wyglądają w miarę świeżo. Sprzedawca proponuje, że może je nam podgrzać na co oczywiście się zgadzamy. Tutaj też po raz pierwszy spotykamy stado jaków. Ivan z Łukaszem fotografują dzieci, które dość chętnie pozują. Kilkaset metrów dalej dochodzimy do malowniczej doliny z rzeką, stadami jaków i białymi szczytami w tle.
Około południa jesteśmy Manang. Miasteczko jakoś szczególnie mnie nie zachwyciło. Przed wylotem zamierzaliśmy zostać tam jeden dzień na aklimatyzację, ale plany się zmieniły. Dzięki wybraniu szlaku przez Upper Pisang mieliśmy już aklimatyzację do prawie 3700m, więc stwierdziliśmy, że ruszymy jeszcze tego samego dnia do Shree Kharki. Ivan niestety został w Manang. On też był trochę chory i chciał wyzdrowieć przed dalszą drogą.
Podejście do Shree Kharki jest mocno strome. Wysokość wszystkim daje się we znaki. Ja o dziwo czuję się lepiej niż rano - czyżbym już wyzdrowiał? Idę równym tempem, tuż za mną idzie Irka. Na miejsca docieramy chwilę przed pozostałą trójką naszej wyprawy. Jest zimno. Słońce powoli chowa się za szczytami i czujemy, że niedługo będzie jeszcze zimniej.
Zrzucamy plecaki w pokojach i zbieramy się do jadalni - jedyne miejsce gdzie wieczorem jest ciepło. Spora kolacja, dużo herbaty. Mieszanka słońca, gorąca, zimna i kilku godzin marszu każdego zmęczyła. Kolejny termos wrzątku i już paruje kubek z herbatą. Przyjemne ciepło. Zerkam na chwilę do pokoju na termometr w zegarku. Pokazuje 6 stopni, a to dopiero wieczór. Rano temperatura spada do niecałych 3 stopni.
niedziela, 14 października 2012
Dzień 8
Upper Pissang - Ngawal. Widoki, widoki. Tylko 3h treku. Już prawie 3700m n.p.m
Kolejny dzień. Idzie z nami Ivan. Wiemy, że dzisiaj mamy do pokonania krótki odcinek więc nie spieszymy się zbytnio. Jak na dłoni widać już Annapurnę II i IV. Cieszę się, że wybraliśmy górny wariant szlaku. Znowu pusto. Spotkaliśmy może kilka osób.
Droga zaczyna piąć się pod górę. Mijamy mały straganik z owocami. Kupujemy jabłka. Trochę małe i nie do końca dojrzałe, ale od kilku dni nie jedliśmy owoców więc każdy je z zadowoleniem.
W Ghyaru zatrzymujemy się na chwilę na zrobienie zdjęć i odpoczynek. Widok jest niesamowity... zresztą sami zobaczcie.
Dalej w drogę. Zachwycenie widokami nadal na najwyższym poziomie.Idę ostatni, ale jakoś nie chce mi się iść szybciej :)
Wolnym tempem docieramy do Ngawal. Obiad, stolik na zewnątrz. Wygrzewamy się na słońcu. Ja jestem chory :( Katar i osłabienie. Na szczęście gardło przestało boleć. Myślę jak to będzie dalej bo przecież za kilka dni mamy być nad Tilicho Lake. Tam jest prawie 5000m n.p.m i będzie znacznie zimniej.
Dzisiaj w nocy temperatura w pokoju spada do około 8-9 stopni. Ujdzie ;)
Kolejny dzień. Idzie z nami Ivan. Wiemy, że dzisiaj mamy do pokonania krótki odcinek więc nie spieszymy się zbytnio. Jak na dłoni widać już Annapurnę II i IV. Cieszę się, że wybraliśmy górny wariant szlaku. Znowu pusto. Spotkaliśmy może kilka osób.
Droga zaczyna piąć się pod górę. Mijamy mały straganik z owocami. Kupujemy jabłka. Trochę małe i nie do końca dojrzałe, ale od kilku dni nie jedliśmy owoców więc każdy je z zadowoleniem.
W Ghyaru zatrzymujemy się na chwilę na zrobienie zdjęć i odpoczynek. Widok jest niesamowity... zresztą sami zobaczcie.
Wolnym tempem docieramy do Ngawal. Obiad, stolik na zewnątrz. Wygrzewamy się na słońcu. Ja jestem chory :( Katar i osłabienie. Na szczęście gardło przestało boleć. Myślę jak to będzie dalej bo przecież za kilka dni mamy być nad Tilicho Lake. Tam jest prawie 5000m n.p.m i będzie znacznie zimniej.
Dzisiaj w nocy temperatura w pokoju spada do około 8-9 stopni. Ujdzie ;)
sobota, 13 października 2012
Dzień 7
Chame - Upper Pisang. "Krupówki", kolejna alternatywna droga, pierwsze odczucie wysokości.
"Woooow" - pierwsze co ciśnie mi się na usta patrząc na szczyty po wyjściu z wioski. Niestety idziemy w strasznym tłumie. Przez chwilę czuję się jak na Krupówkach albo jak w jakiejś galerii handlowej tuż przed świętami. Na szczęście przed wyjazdem przeczytaliśmy, że warto wybrać drogę przez Upper Pisang. Tak też czynimy. Widoki są niesamowite, a to tylko przedsmak tego co nas czeka. Dzisiaj idzie mi się ciężko. Chyba jestem przeziębiony. W nocy w ogóle źle spałem. No ale cóż, jestem w górach i muszę sobie radzić.
Powoli dochodzimy do Upper Pisang. Zaczynam czuć te 3300m n.p.m. Kroki coraz krótsze i trzeba pamiętać o regularnym oddechu. W ciągu dnia było nawet ciepło, ale teraz jak codziennie tutaj wieczorem, nadciągają chmury i robi się zimno. Znajdujemy nocleg w przyjemnym hoteliku z przepiękną panoramą widokową. Tutaj później poznajemy Ivana, który będzie nam towarzyszył aż do Manangu.
Jakieś
100m wyżej nad nami znajduje się gompa. Zrzucamy plecaki. Chwila
odpoczynku, aparat w rękę i ruszamy do świątyni. Niesamowite zmęczenie i
przeziębienie dają się we znaki, ale spragniony przygód idę w górę.
Gompa. Przed wejściem ściągamy buty. Relaksacyjna muzyka, kadzidła i wnętrze świątyni niesamowicie uspokajają.
Dzień 7 - wersja Irki
Wychodzimy rankiem z Chame. Okazuje się, że na trasie jest już bardzo dużo ludzi, całkiem jak w Tatrach w okresie urlopowym. Skąd Ci wszyscy ludzie się tu wzięli? Po drodze nie mijaliśmy ich aż tylu..
Marzymy, żeby jak najszybciej dotrzeć do rozgałęzienia na Upper Pisang - tam na pewno nie będą szły tłumy z tragarzami. I rzeczywiście, kiedy tylko odbijamy na prawo zostajemy sami, całe tłumy poszły za główną drogą. Powoli wspinamy się do wioski. Idzie się dość ciężko, zaczyna być odczuwalna wysokość.
Udaje nam się znaleźć nocleg w pierwszym napotkanym hoteliku. Warunki są surowe, ale za to jest czysto.
Zrzucamy bagaże i idziemy podziwiać widoki...z balkonu mamy widok na Annapurnę II.
Mariusz poszedł się na chwilę położyć, bo nie najlepiej się czuje, a ja zostaję i gapię się na góry.
Gapię się tak aż pojawiają się łzy..łzy szczęścia - teraz wiem po co się tak męczymy, te widoki warte są każdego wysiłku.
Po krótkim wypoczynku postanawiamy zwiedzić gompę, która jest w wiosce.
Docieramy na miejsce i już od progu czuję, że będzie to mistyczne doświadczenie..Ściągamy buty i wchodzimy do środka..gra buddyjska muzyka, ludzie, głównie turyści, siedzą z zamkniętymi oczami pod ścianami na dywanikach i wsłuchują się w siebie. Rozglądam się dookoła - jest przepięknie.
Po krótkiej chwili dołączam do ludzi siedzących pod ścianami, zamykam oczy...jest mi błogo, teraz nie istnieje nic poza tą chwilą. Tu i teraz.
Po chwili słyszę jakiś dźwięk, otwieram oczy - to buddyjski mnich częstuje ludzi herbatą w kubeczkach. Biorę i ja na rozgrzewkę - na tej wysokości jest już naprawdę zimno, zwłaszcza, że słońce powoli zachodzi.
Pora wracać do hoteliku na kolację.
W kuchni natykamy się na podróżującego samotnie Rosjanina. Ivan okazuje się bardzo towarzyskim sympatycznym chłopakiem. Spędzamy wszyscy wspólnie miły wieczór w kuchni, która jako jedyne pomieszczenie w hoteliku jest ogrzewana.
Rano wita nas słońce wschodzące nad Annapurną II. Widoki powalają..
Czas ruszać w dalszą drogę.
"Woooow" - pierwsze co ciśnie mi się na usta patrząc na szczyty po wyjściu z wioski. Niestety idziemy w strasznym tłumie. Przez chwilę czuję się jak na Krupówkach albo jak w jakiejś galerii handlowej tuż przed świętami. Na szczęście przed wyjazdem przeczytaliśmy, że warto wybrać drogę przez Upper Pisang. Tak też czynimy. Widoki są niesamowite, a to tylko przedsmak tego co nas czeka. Dzisiaj idzie mi się ciężko. Chyba jestem przeziębiony. W nocy w ogóle źle spałem. No ale cóż, jestem w górach i muszę sobie radzić.
Powoli dochodzimy do Upper Pisang. Zaczynam czuć te 3300m n.p.m. Kroki coraz krótsze i trzeba pamiętać o regularnym oddechu. W ciągu dnia było nawet ciepło, ale teraz jak codziennie tutaj wieczorem, nadciągają chmury i robi się zimno. Znajdujemy nocleg w przyjemnym hoteliku z przepiękną panoramą widokową. Tutaj później poznajemy Ivana, który będzie nam towarzyszył aż do Manangu.
Gompa. Przed wejściem ściągamy buty. Relaksacyjna muzyka, kadzidła i wnętrze świątyni niesamowicie uspokajają.
Dzień 7 - wersja Irki
Wychodzimy rankiem z Chame. Okazuje się, że na trasie jest już bardzo dużo ludzi, całkiem jak w Tatrach w okresie urlopowym. Skąd Ci wszyscy ludzie się tu wzięli? Po drodze nie mijaliśmy ich aż tylu..
Marzymy, żeby jak najszybciej dotrzeć do rozgałęzienia na Upper Pisang - tam na pewno nie będą szły tłumy z tragarzami. I rzeczywiście, kiedy tylko odbijamy na prawo zostajemy sami, całe tłumy poszły za główną drogą. Powoli wspinamy się do wioski. Idzie się dość ciężko, zaczyna być odczuwalna wysokość.
Udaje nam się znaleźć nocleg w pierwszym napotkanym hoteliku. Warunki są surowe, ale za to jest czysto.
Zrzucamy bagaże i idziemy podziwiać widoki...z balkonu mamy widok na Annapurnę II.
Mariusz poszedł się na chwilę położyć, bo nie najlepiej się czuje, a ja zostaję i gapię się na góry.
Gapię się tak aż pojawiają się łzy..łzy szczęścia - teraz wiem po co się tak męczymy, te widoki warte są każdego wysiłku.
Po krótkim wypoczynku postanawiamy zwiedzić gompę, która jest w wiosce.
Docieramy na miejsce i już od progu czuję, że będzie to mistyczne doświadczenie..Ściągamy buty i wchodzimy do środka..gra buddyjska muzyka, ludzie, głównie turyści, siedzą z zamkniętymi oczami pod ścianami na dywanikach i wsłuchują się w siebie. Rozglądam się dookoła - jest przepięknie.
Po krótkiej chwili dołączam do ludzi siedzących pod ścianami, zamykam oczy...jest mi błogo, teraz nie istnieje nic poza tą chwilą. Tu i teraz.
Po chwili słyszę jakiś dźwięk, otwieram oczy - to buddyjski mnich częstuje ludzi herbatą w kubeczkach. Biorę i ja na rozgrzewkę - na tej wysokości jest już naprawdę zimno, zwłaszcza, że słońce powoli zachodzi.
Pora wracać do hoteliku na kolację.
W kuchni natykamy się na podróżującego samotnie Rosjanina. Ivan okazuje się bardzo towarzyskim sympatycznym chłopakiem. Spędzamy wszyscy wspólnie miły wieczór w kuchni, która jako jedyne pomieszczenie w hoteliku jest ogrzewana.
Rano wita nas słońce wschodzące nad Annapurną II. Widoki powalają..
Czas ruszać w dalszą drogę.
piątek, 12 października 2012
Dzień 6
Tal - Chame. Zmylenie drogi, brodzenie przez wodospad, akcja ratownicza po rosyjską mapę.
Szkoda
opuszczać Tal. Jeszcze raz oglądam się za siebie. Jesteśmy już sporo
nad wioską, ale z tej strony dolina wygląda równie pięknie. Idziemy nową
drogą mijając się z przejeżdżającymi od czasu do czasu jeepami i
maszynami budowlanymi. Droga tutaj nadal jest w budowie. Na szczęście po
kilku godzinach dochodzimy do tabliczki, która kieruje nas na
przeciwległy brzeg rzeki, w kierunku starego szlaku. Znowu idziemy
prawie sami. Większość turystów wybiera marsz drogą.
Kolejna
wioska. Kręcimy młynkami modlitewnymi w bramie przy wejściu.
Uzupełnienie zapasów wody i czas iść dalej. Grupa trochę się rozciąga.
Idziemy z Irką na przedzie, kilkanaście minut za nami idzie Oktawia i
gdzieś na końcu Ania z Łukaszem. Coraz mniej ludzi na drodze. Nawet nie
wiem kiedy gubimy napotkanego po drodze tragarza.
Na zakręcie przy stromym zboczu spotykamy starszą parę, jak się po chwili okazuje, Rosjan. Ja po rosyjsku znam pewnie kilka słów, oni zaś byli na podobnym poziomie angielskiego. Dowiaduję się, że dalej droga biegnie tuż przy wodospadzie i że trzeba przejść przez rzekę. Rosjanin na dodatek mówi, że 'dis woter, włery włery hot". Myślę o kurczę, słyszałem o gorących źródłach, ale gorący wodospad to będzie dla mnie absolutna nowość. Podbiegam do wodospadu i szybko przekonuję się, że woda jest "cold", a nie "hot". Jest wręcz lodowata. Taka mała pomyłka słówek :)
W końcu dochodzą do nas Ania, Oktawia i Łukasz. Stwierdzamy, że nie chce się nam wracać i decydujemy się przejść przez rzekę. Rwący nurt i bliska przepaść podnoszą adrenalinę na tyle, że nawet nie czuję za bardzo zimna. Adrenalina skacze chyba jeszcze bardziej jak tuż za rogiem zauważam Rosjanina stojącego tuż nad przepaścią i próbującego dosięgnąć mapy, która wisi na samym skraju. Irka trzyma go za rękę, ja odruchowo łapię Irkę i oboje krzyczymy, żeby odpuścił i zostawił tą mapę. No ale w końcu uradowany dosięga i wdrapuje się na drogę. Uff...
Za nami długi dzień. Pod sam wieczór docieramy do Chame. Jedzenie, prysznic, spanie. Jesteśmy zmęczeni.
Na zakręcie przy stromym zboczu spotykamy starszą parę, jak się po chwili okazuje, Rosjan. Ja po rosyjsku znam pewnie kilka słów, oni zaś byli na podobnym poziomie angielskiego. Dowiaduję się, że dalej droga biegnie tuż przy wodospadzie i że trzeba przejść przez rzekę. Rosjanin na dodatek mówi, że 'dis woter, włery włery hot". Myślę o kurczę, słyszałem o gorących źródłach, ale gorący wodospad to będzie dla mnie absolutna nowość. Podbiegam do wodospadu i szybko przekonuję się, że woda jest "cold", a nie "hot". Jest wręcz lodowata. Taka mała pomyłka słówek :)
W końcu dochodzą do nas Ania, Oktawia i Łukasz. Stwierdzamy, że nie chce się nam wracać i decydujemy się przejść przez rzekę. Rwący nurt i bliska przepaść podnoszą adrenalinę na tyle, że nawet nie czuję za bardzo zimna. Adrenalina skacze chyba jeszcze bardziej jak tuż za rogiem zauważam Rosjanina stojącego tuż nad przepaścią i próbującego dosięgnąć mapy, która wisi na samym skraju. Irka trzyma go za rękę, ja odruchowo łapię Irkę i oboje krzyczymy, żeby odpuścił i zostawił tą mapę. No ale w końcu uradowany dosięga i wdrapuje się na drogę. Uff...
Za nami długi dzień. Pod sam wieczór docieramy do Chame. Jedzenie, prysznic, spanie. Jesteśmy zmęczeni.
czwartek, 11 października 2012
Dzień 5
Ghermu - Tal. Stary szlak, 200 metrowy wodospad, pola marihuany i domki z bajki
Budzik dzwoni o 06:00. Głodny przygód jako pierwszy wyskakuję z łóżka. Pamiętam jeszcze jak dzień wcześniej Irka mówiła, żebym uważał na futryny w drzwiach bo niskie... i ryp, aż mnie złożyło do przysiadu. No, to już jestem w pełni rozbudzony, tylko głowa niestety trochę boli. Pyszne śniadanie, aromat kawy - czego więcej trzeba o tej porze?
Zbieramy
się trochę wolniej niż dnia poprzedniego. Za wolno, ale to może oznaka
zmęczenia i to, że nie weszliśmy jeszcze w trekkingowy rytm. W miarę
upływu czasu idzie się coraz raźniej i jakoś plecak dzisiaj mniej ciąży.
W pewnym momencie dochodzimy do tabliczki, która wskazuje w kierunku
starego szlaku. Prosto biegnie droga, po której jeżdżą jeepy i inne
pojazdy. My wybieramy stary wariant. Ścieżka pnie się stromo w górę.
Szybko zdobywamy wysokość. Jest pusto i przez całą drogę do kolejnej
wioski nie spotykamy nikogo. Tuż przed Chamje, po przeciwnej stronie
doliny wyłania się wodospad. Próbujemy ocenić jego wysokość. Według
poziomic na mapie wychodzi z około 200 metrów.
W
Chamje przerwa, obiad, odpoczynek i ruszamy dalej. Dookoła zielono,
przyglądam się i stwierdzam, że jakieś dziwne te pokrzywy. W tym samym
momencie przebłysk, "maryśka". Wzdłuż szlaku ciągną się pola marihuany.
Na dodatek są one oznaczone na mapie. Nikt z tym nie walczy, nie
niszczy.
Około godziny przed dotarciem do Tal zaczynamy strome i nużące podejście. Plecak znowu staje się cięższy i ramiona zaczynają odpadać. Siłą woli przyspieszam. Myślę tylko o tym, żeby zrzucić z siebie ten ciężar. Dochodzimy w końcu do wypłaszczenia i droga lekko zaczyna schodzić w dół. Za którymś z kolei zakrętem wyłania się malowniczo położone Tal. Szeroka płaska dolina z wolno płynącą rzeką. Cisza. Kolorowe domki. W tle wyłaniające się szczyty.
Dochodzimy w końcu do wioski. Każdy z nas ma to samo odczucie - jakbyśmy byli w jakiejś baśniowej krainie. Wszystkie domki są pięknie odmalowane. Kolorowo, spokojnie. Tal zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Żałuję, że nie mogliśmy tam zostać jeden dzień dłużej.
Budzik dzwoni o 06:00. Głodny przygód jako pierwszy wyskakuję z łóżka. Pamiętam jeszcze jak dzień wcześniej Irka mówiła, żebym uważał na futryny w drzwiach bo niskie... i ryp, aż mnie złożyło do przysiadu. No, to już jestem w pełni rozbudzony, tylko głowa niestety trochę boli. Pyszne śniadanie, aromat kawy - czego więcej trzeba o tej porze?
Około godziny przed dotarciem do Tal zaczynamy strome i nużące podejście. Plecak znowu staje się cięższy i ramiona zaczynają odpadać. Siłą woli przyspieszam. Myślę tylko o tym, żeby zrzucić z siebie ten ciężar. Dochodzimy w końcu do wypłaszczenia i droga lekko zaczyna schodzić w dół. Za którymś z kolei zakrętem wyłania się malowniczo położone Tal. Szeroka płaska dolina z wolno płynącą rzeką. Cisza. Kolorowe domki. W tle wyłaniające się szczyty.
Dochodzimy w końcu do wioski. Każdy z nas ma to samo odczucie - jakbyśmy byli w jakiejś baśniowej krainie. Wszystkie domki są pięknie odmalowane. Kolorowo, spokojnie. Tal zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Żałuję, że nie mogliśmy tam zostać jeden dzień dłużej.
środa, 10 października 2012
Dzień 4
Bhulbhule - Ghermu. Zielona dolina, pierwszy widok na szczyty, Himalaje!!!
Wstajemy o 6:30. Od około 30-40 minut jest już widno. W nocy padał deszcz i jeszcze przed wyjściem z pokoju zastanawiam się jaka będzie pogoda. Jak się później okazało niebo mamy kryształowo czyste i jest to jedyna deszczowa noc, aż do przyjazdu do Pokhary.
Ubrani i okrutnie głodni idziemy do jadalni. No i co wybrać? Zawsze jak jestem w nowym miejscu uwielbiam próbować lokalnych dań. Dla mnie jest to jedna z form poznawania innej kultury. Wybór pada na "tibetan bread" i do tego owsianka. Wiem, że nazwy mało lokalne, ale przyrządzone na tutejszy sposób. Jak się okazuje w karcie mają nawet pizzę, przygotowywaną i podawaną inaczej niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni.
Wszystko sporządzane jest na bieżąco więc na śniadanie czekamy jakieś 30 minut. W kolejnych dniach już wiemy, żeby śniadanie zamawiać wieczorem na określoną godzinę rano. Znacznie skraca to czas oczekiwania, można dłużej pospać i nie tracić czasu przed wyjściem.
Ostatnie dociągnięcie sznurowadeł, poprawienie plecaków i jesteśmy gotowi do drogi. Widoki inne niż się spodziewałem. Pierwsze wyobrażenie jakie ma się zazwyczaj o Himalajach to śnieżno białe, oblodzone szczyty. Tymczasem przed nami otwiera się zielona dolina. W powietrzu czuć jeszcze wczorajszy deszcz. Idziemy w cieniu. Jest dość rześko, ale jak się później okaże, temperatura da się nam we znaki.
W
ciągu pierwszej godziny przechodzimy może z 1-2 kilometry, zatrzymując
się co chwilę aby sfotografować każdy dosłownie widok. Niesamowite wręcz
wrażenia robią na nas pola ryżowe. Wyglądają jak ogromne zielone
tarasy, zbudowane na zboczach gór.
A propos ryżu. Jest to najtańszy składnik potraw. Miejscowi jedzą go do każdego posiłku. Z ciekawości zapytałem spotkanego tragarza jak wygląda tradycyjne nepalskie śniadanie. Z tego co udało mi się dowiedzieć jest to ryż z jakimiś warzywami. Na obiad i kolację też ryż więc wybór jest prosty :)
Zbliża się południe więc czas na obiad. Po wejściu do wioski od razu otacza nas kilka kobiet. Każda z nich oferuje najlepsze z możliwych dań w cenach niższych niż u konkurencji. Trafiamy do restauracji położonej na końcu wioski. Właścicielką jest młoda, bardzo sympatyczna dziewczyna. Trochę rozmawiamy i tak, nie wiedząc kiedy, mija godzina. Jedzenie jest przepyszne. Przez najbliższych kilkanaście dni nie będę jadł mięsa i jak się później okazuje nawet mi to nie przeszkadza. Przyprawy kuchni nepalskiej powalają mnie na kolana. Mnogość smaków zawartych w jednym daniu jest trudna do zliczenia.
Z
pełnymi brzuchami ruszamy dalej. Ciężar plecaka męczy niemiłosiernie.
Próbuję różnych kombinacji ustawień pasa biodrowego, ale nic nie pomaga.
Trzeba się przyzwyczaić, myślę. Jednak im bliżej końca dnia tym jest
gorzej. Zastanawiam się co ja tam do jasnej cho... spakowałem i dlaczego
jest tak ciężko. Robię w głowie szybki "check list" i rozważam czego
mógłbym się pozbyć. Wybór pada na stary termos. Irka ma drugi 0.7L więc
zostanie nam tylko jeden.
Docieramy w końcu do Ghermu. Jest ciepły prysznic, płatny 40 rupii od osoby. Pokój mamy 5 osobowy. Przed kolacją pozwalamy sobie z Łukaszem na upragnione piwo, ostatnie aż do czasu pokonania przełęczy. Alkohol generalnie nie sprzyja aklimatyzacji, a poza tym ceny piwa relatywnie do cen jedzenia są dość spore. Po posiłku zamawiamy wrzątek, który przelewamy do naszych termosów. Właściciel z zainteresowaniem patrzy na nasze aluminiowe termosy i pyta jak długo trzymają ciepło. Słysząc, że po 6-8 godzinach herbata nadal jest mocno gorąca na jego twarzy pojawia się zdumienie. Później wieczorem daję w prezencie mój stary termos właścicielowi hotelu. Jest lekko zaskoczony, ale zarazem bardzo zadowolony z podarunku.
Wieczorne mycie zębów. Całą naszą grupką stajemy przy podwórkowym kranie, nabieramy wodę i wzorowo szorujemy ząbki. Siedzący obok Kanadyjczycy z lękiem i niedowierzaniem patrzą na to co robimy. "Przecież to niebezpieczne, nie można korzystać z nieodkażonej wody" - mówią. Potem widzieliśmy ich jak myli zęby korzystając z butelkowanej wody. No ale stwierdziliśmy, że trzeba przyzwyczajać organizmy do lokalnej flory bakteryjnej. Taka nasza polsko-ułańska fantazja :)
Wstajemy o 6:30. Od około 30-40 minut jest już widno. W nocy padał deszcz i jeszcze przed wyjściem z pokoju zastanawiam się jaka będzie pogoda. Jak się później okazało niebo mamy kryształowo czyste i jest to jedyna deszczowa noc, aż do przyjazdu do Pokhary.
Ubrani i okrutnie głodni idziemy do jadalni. No i co wybrać? Zawsze jak jestem w nowym miejscu uwielbiam próbować lokalnych dań. Dla mnie jest to jedna z form poznawania innej kultury. Wybór pada na "tibetan bread" i do tego owsianka. Wiem, że nazwy mało lokalne, ale przyrządzone na tutejszy sposób. Jak się okazuje w karcie mają nawet pizzę, przygotowywaną i podawaną inaczej niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni.
Wszystko sporządzane jest na bieżąco więc na śniadanie czekamy jakieś 30 minut. W kolejnych dniach już wiemy, żeby śniadanie zamawiać wieczorem na określoną godzinę rano. Znacznie skraca to czas oczekiwania, można dłużej pospać i nie tracić czasu przed wyjściem.
Ostatnie dociągnięcie sznurowadeł, poprawienie plecaków i jesteśmy gotowi do drogi. Widoki inne niż się spodziewałem. Pierwsze wyobrażenie jakie ma się zazwyczaj o Himalajach to śnieżno białe, oblodzone szczyty. Tymczasem przed nami otwiera się zielona dolina. W powietrzu czuć jeszcze wczorajszy deszcz. Idziemy w cieniu. Jest dość rześko, ale jak się później okaże, temperatura da się nam we znaki.
A propos ryżu. Jest to najtańszy składnik potraw. Miejscowi jedzą go do każdego posiłku. Z ciekawości zapytałem spotkanego tragarza jak wygląda tradycyjne nepalskie śniadanie. Z tego co udało mi się dowiedzieć jest to ryż z jakimiś warzywami. Na obiad i kolację też ryż więc wybór jest prosty :)
Zbliża się południe więc czas na obiad. Po wejściu do wioski od razu otacza nas kilka kobiet. Każda z nich oferuje najlepsze z możliwych dań w cenach niższych niż u konkurencji. Trafiamy do restauracji położonej na końcu wioski. Właścicielką jest młoda, bardzo sympatyczna dziewczyna. Trochę rozmawiamy i tak, nie wiedząc kiedy, mija godzina. Jedzenie jest przepyszne. Przez najbliższych kilkanaście dni nie będę jadł mięsa i jak się później okazuje nawet mi to nie przeszkadza. Przyprawy kuchni nepalskiej powalają mnie na kolana. Mnogość smaków zawartych w jednym daniu jest trudna do zliczenia.
Docieramy w końcu do Ghermu. Jest ciepły prysznic, płatny 40 rupii od osoby. Pokój mamy 5 osobowy. Przed kolacją pozwalamy sobie z Łukaszem na upragnione piwo, ostatnie aż do czasu pokonania przełęczy. Alkohol generalnie nie sprzyja aklimatyzacji, a poza tym ceny piwa relatywnie do cen jedzenia są dość spore. Po posiłku zamawiamy wrzątek, który przelewamy do naszych termosów. Właściciel z zainteresowaniem patrzy na nasze aluminiowe termosy i pyta jak długo trzymają ciepło. Słysząc, że po 6-8 godzinach herbata nadal jest mocno gorąca na jego twarzy pojawia się zdumienie. Później wieczorem daję w prezencie mój stary termos właścicielowi hotelu. Jest lekko zaskoczony, ale zarazem bardzo zadowolony z podarunku.
Wieczorne mycie zębów. Całą naszą grupką stajemy przy podwórkowym kranie, nabieramy wodę i wzorowo szorujemy ząbki. Siedzący obok Kanadyjczycy z lękiem i niedowierzaniem patrzą na to co robimy. "Przecież to niebezpieczne, nie można korzystać z nieodkażonej wody" - mówią. Potem widzieliśmy ich jak myli zęby korzystając z butelkowanej wody. No ale stwierdziliśmy, że trzeba przyzwyczajać organizmy do lokalnej flory bakteryjnej. Taka nasza polsko-ułańska fantazja :)
wtorek, 9 października 2012
Dzień 3
Wyjazd z Kathmandu, lokalsowy autobus, naprawa na środku drogi, poobijane tyłki i guz na głowie.
Wstajemy o 6:00 rano. Psy szczekają za oknem. Szybki prysznic, jakieś improwizowane śniadanie i wyruszamy na dworzec autobusowy. Właściciel hotelu 'załatwił' nam bilety i przewodnika na dworzec. Gwarantowane 15 minut spacerkiem wydłuża się do 45 minutowego marszobiegu z 15kg plecakami. Spóźniamy się na zaplanowany autobus. Następny jest jednak całkiem niedługo.
Pakujemy się na tył. Dziewczyny ze swoimi ~160cm wzrostu ledwo mieszczą się z nogami. Tymczasem co mam powiedzieć ja z Łukaszem liczący ~190cm. Upchani czekamy, aż wszystkie miejsca zostaną zajęte.
Załoga autobusu składa się z kierowcy (dość oczywiste), mechanika pokładowego i pilota-konduktora.
Pilot-konduktor, nazwany przez nas szefem, stoi w drzwiach autobusu i wypatruje podróżnych, zbyt blisko jadących pojazdów tudzież innych zagrożeń. Daje też znaki dźwiękowe kierowcy. Dwa uderzenia w drzwi autobusu to znaczy 'jechać, jest OK', jedno uderzenie oznacza 'STOP!'. Czasami też daje sygnały dźwiękowe gwiżdżąc.
W autobusie mocno trzęsie, gra lokalna muzyka - chyba jakiś obecny przebój bo w ciągu podróży słyszeliśmy go kilka razy. Kierowca wzbudza zaufanie więc nawet się nie boimy podczas wyprzedzania na trzeciego. Generalnie załoga wie co robi. W końcu już trochę tu jeżdżą. Wszyscy stwierdzamy, że autobus dawno już ma za sobą pierwszą, a nawet drugą i trzecią młodość. Ale za to jest wesoło pomalowany.
Przerwa na obiad. Autobus zatrzymuje się pod jadłodajnią i wszyscy wysiadają. Zamawiamy dal-bhat czyli furę ryżu z dodatkami w postaci ziemniaków, warzyw i zupy soczewicowej. Gdy dojadamy mniej więcej do połowy zjawia się właściciel restauracji i dokłada tyle, że na talerzu jest więcej niż mieliśmy na samym początku. "Podoba nam się ten Nepal" - zgodnie stwierdzamy z Łukaszem.
Brzuchy pełne, autobus w rytmie lokalnej muzyki podskakuje dalej, podjazd pod górkę i zgrzyyyyyyt. Coś nie chce bieg wskoczyć. Po kilku próbach kierowca się poddaje i zjeżdżamy na pobocze. Zaczyna się naprawa. W tym oto momencie do akcji wkracza mechanik pokładowy. Po około 30 minutach pod autobusem leży już skrzynia biegów i kawałek silnika. "Żeby tylko potrafili to złożyć z powrotem" - myślimy.
Trzy godziny później udaje się złożyć autobus do kupy i ruszamy dalej. Wiemy już, że na miejsce dotrzemy po zmierzchu, zastanawiamy się jak będzie z noclegiem.
Między 19-20 docieramy na miejsce. Jakąś godzinę wcześniej skończył się asfalt i zaczęła górska wyboista droga. Osoby podróżujące autobusem wyglądały jak piłeczki ping-pongowe potrząsane w pudełku.
Moje podplecze, zwane potocznie du...ą boli już niemiłosiernie. Dodatkowo nabiłem sobie na głowie guza uderzając w sufit autobusu. Ale co tam - jest przygoda.
Nocleg, jest pokój. Powierzchnią nieznacznie przekracza wielkość dwóch łóżek, ale ważne, że jest czysto.
Wstajemy o 6:00 rano. Psy szczekają za oknem. Szybki prysznic, jakieś improwizowane śniadanie i wyruszamy na dworzec autobusowy. Właściciel hotelu 'załatwił' nam bilety i przewodnika na dworzec. Gwarantowane 15 minut spacerkiem wydłuża się do 45 minutowego marszobiegu z 15kg plecakami. Spóźniamy się na zaplanowany autobus. Następny jest jednak całkiem niedługo.
| Coś tam cieknie więc trzeba naprawić przed odjazdem |
Pakujemy się na tył. Dziewczyny ze swoimi ~160cm wzrostu ledwo mieszczą się z nogami. Tymczasem co mam powiedzieć ja z Łukaszem liczący ~190cm. Upchani czekamy, aż wszystkie miejsca zostaną zajęte.
Załoga autobusu składa się z kierowcy (dość oczywiste), mechanika pokładowego i pilota-konduktora.
Pilot-konduktor, nazwany przez nas szefem, stoi w drzwiach autobusu i wypatruje podróżnych, zbyt blisko jadących pojazdów tudzież innych zagrożeń. Daje też znaki dźwiękowe kierowcy. Dwa uderzenia w drzwi autobusu to znaczy 'jechać, jest OK', jedno uderzenie oznacza 'STOP!'. Czasami też daje sygnały dźwiękowe gwiżdżąc.
W autobusie mocno trzęsie, gra lokalna muzyka - chyba jakiś obecny przebój bo w ciągu podróży słyszeliśmy go kilka razy. Kierowca wzbudza zaufanie więc nawet się nie boimy podczas wyprzedzania na trzeciego. Generalnie załoga wie co robi. W końcu już trochę tu jeżdżą. Wszyscy stwierdzamy, że autobus dawno już ma za sobą pierwszą, a nawet drugą i trzecią młodość. Ale za to jest wesoło pomalowany.
Przerwa na obiad. Autobus zatrzymuje się pod jadłodajnią i wszyscy wysiadają. Zamawiamy dal-bhat czyli furę ryżu z dodatkami w postaci ziemniaków, warzyw i zupy soczewicowej. Gdy dojadamy mniej więcej do połowy zjawia się właściciel restauracji i dokłada tyle, że na talerzu jest więcej niż mieliśmy na samym początku. "Podoba nam się ten Nepal" - zgodnie stwierdzamy z Łukaszem.
Brzuchy pełne, autobus w rytmie lokalnej muzyki podskakuje dalej, podjazd pod górkę i zgrzyyyyyyt. Coś nie chce bieg wskoczyć. Po kilku próbach kierowca się poddaje i zjeżdżamy na pobocze. Zaczyna się naprawa. W tym oto momencie do akcji wkracza mechanik pokładowy. Po około 30 minutach pod autobusem leży już skrzynia biegów i kawałek silnika. "Żeby tylko potrafili to złożyć z powrotem" - myślimy.
Trzy godziny później udaje się złożyć autobus do kupy i ruszamy dalej. Wiemy już, że na miejsce dotrzemy po zmierzchu, zastanawiamy się jak będzie z noclegiem.
Między 19-20 docieramy na miejsce. Jakąś godzinę wcześniej skończył się asfalt i zaczęła górska wyboista droga. Osoby podróżujące autobusem wyglądały jak piłeczki ping-pongowe potrząsane w pudełku.
Moje podplecze, zwane potocznie du...ą boli już niemiłosiernie. Dodatkowo nabiłem sobie na głowie guza uderzając w sufit autobusu. Ale co tam - jest przygoda.
Nocleg, jest pokój. Powierzchnią nieznacznie przekracza wielkość dwóch łóżek, ale ważne, że jest czysto.
poniedziałek, 8 października 2012
Dzień 2
Wylot z Delhi. Kathmandu.
Tak to już drugi dzień i nadal w podróży. Poranny lot z liniami Jet Airways. Jedzenie przyprawione po indyjsku. Irka, oczywiście wzięła wegetariański zestaw. Niby ostry. No moje też było ostre, ale ja takie lubię. "Daj trochę spróbować" - mówię do Irki. Jem powoli i nic. Ale.. po chwili czuję. Chili działa trochę z opóźnieniem, ale wzmaga się wraz z upływem czasu i długo trzyma. Jednak jej było ostrzejsze, stwierdzam. Jeszcze 'nasta' kawa i jestem całkowicie rozbudzony.
"Zooobacz" - krzyczy rozentuzjazmowana Irka. Himalaje. Patrzę przez okno samolotu i czas jakby na chwilę zatrzymuje się. Wiem, że samolot leci na wysokości ok 9-10km, a te szczyty są praktycznie na naszej wysokości. Świat jest piękny!!!
Po około 1.5h lotu kapitan trudną do zrozumienia angielszczyzną mówi, że będziemy trochę kołować bo jest kolejka do lądowania. No i zakręt w lewo... w lewo... w lewo... Przyjemnie buja... w lewo... oczy coraz cięższe... w lewo... dup i mocne hamowanie. Chyba trochę mi się przysnęło bo nawet nie zauważyłem upływu czasu.
Wychodzimy z samolotu. Gorąco, a jeszcze pamiętam jak w Krakowie padało, wiało i było jesiennie. "Staary, patrz małpy" - woła Łukasz. No i rzeczywiście, grupka przystojniaczków, z samcem alfa na czele, zasuwa po dachu terminalu.
Po załatwieniu formalności wizowych wychodzimy w końcu z lotniska. Niewyspanie połączone ze zmęczenie przypomina mi trochę studenckie czasy.
Od razu przy wyjściu dopada nas grupka taksówkarzy oferując przewóz w najlepszej cenie, do najtańszego, a zarazem najlepszego hotelu. Nieufni i doszukujący się jakiegoś przekrętu odmawiamy wszelkich ofert. Jednak zmęczenie i oszołomienie nową rzeczywistością wygrywa z naszymi postanowieniami. Dajemy się przekonać, że specjalnie na nas czeka już hotel no i jest taksówka dla 5 osób.Bagaże na dach.
My wtłaczamy się w 5 na tył do mini-buso-jeepo taksówki i ... "hej przygodo" jak to mówi Łukasz.
I nagle szok. Tak jakbym dostał w twarz. Zdziwił się o co chodzi i jeszcze raz dostał w twarz ale mocniej. Jedziemy ulicami Kathmandu. Im bliżej centrum tym większy ruch. Ruch lewostronny, ale w zasadzie wielostronny. Wszechogarniający dźwięk klaksonów. Pył, brud, hałas, wyboje. Zasuwamy szyby, żeby uchronić się przed kurzem. Asystent kierowcy zagaduje nas po angielsku. Dookoła roje motocyklistów. Trąbią na wszystko co się rusza. Nasz kierowca też wesoło potrąbuje. Folklor - pierwsze słowo jakie przychodzi mi na myśl. Kończy się asfalt i jedziemy jakby polną drogą otoczoną gęstą zabudową miasta. Ni stąd ni zowąd wśród tych ruder wyrasta salon samochodowy, a w nim najnowszy model Mazdy 3. Razem z Łukaszem zastanawiamy się o co chodzi. Kogo stać na takie auta i jak one jeżdżą po tutejszych drogach.
Docieramy do hotelu. Thamel, a przynajmniej tam mieliśmy trafić. Jak się później okazało, dzielnica Thamel była dwie ulice dalej. Hotel nie wygląda najgorzej, ale pokoje po bliższym przyjrzeniu się sprawiają już gorsze wrażenie. Woda jest ciep.. tzn nie jest zimna, w lekko żółtawym kolorze, ale w końcu można wziąć prysznic. Około 19-tej gaśnie światło. Normowane dostawy energii. Zmęczeni przesypiamy do rana. Zbawienne stają się stopery do uszu bo tuż za oknem do 22:00 gra dyskoteka, a potem do rana ujadają psy.
Dzień 2 - wersja Irki
Lądujemy wreszcie w Kathmandu. Jakie jest? Co nas tutaj czeka? Czy sobie poradzimy?
W głowie kotłują się wątpliwości. Jest ich tym więcej im więcej ludzi tłoczy się przy wyjściu z lotniska.
Dajemy się namówić "agencji" z lotniska tylko dlatego, że jesteśmy cholernie zmęczeni.
Wiemy, że nas naciągną. Po prostu się z tym godzimy, bo cena jest dla nas akceptowalna.
Pakujemy się w taksówkę i ruszamy. Im dłużej jedziemy tym bardziej jestem przerażona.
Obraz jaki widzimy zza okien taksówki nie napawa optymizmem.
Jedziemy chyba przez jakieś slumsy, bo wszędzie widać walące się domy, gruzowiska, sterty gratów i śmieci.
Do tego wszechobecny pył, dźwięk klaksonów i ogromne ilości pojazdów wszelkiej maści.
"Co mnie podkusiło, żeby nas tu ciągnąć z Polski?" - myślę sobie.
"Oby jak najszybciej przedostać się w góry, one na pewno są czystsze i spokojniejsze."
Po jakimś czasie docieramy do "hotelu". Pokazują nam pokoje.
To jest dopiero załamka. W łazience na ścianie wielki grzyb, na łóżkach pościel, w której niejeden turysta już spał. Zmęczenie jednak bierze górę - zostajemy. Mamy swoje śpiwory - jakoś damy radę.
Szybka decyzja, że trzeba się przespać zanim ruszymy w miasto pozałatwiać wszelkie formalności.
Bierzemy prysznic - tu kolejne rozczarowanie - woda jest zimna mimo zapewnień obsługi, że hot water jest.
Jest mi już wszystko jedno..spaaaaaaaaaaaaaać.
Śpimy ze 2h, to wystarczy żeby trochę podładować akumulatory.
Idziemy wymienić dolce na dalszą część treku, kupić mapę i załatwić pozwolenia na trek.
Kantor znajdujemy bardzo szybko, mapę również.
Do biura turystki kawałek musimy podejść, bo mieści się w innej części miasta.
Ta wycieczka daje nam pojęcie o tutejszych zasadach ruchu drogowego, a raczej ich braku.
Pieszych tutaj mają za nic. Nie działa pewne wejście na drogę, nikt się nie zatrzyma, trzeba po prostu sprytnie umykać przed wszechobecnymi skuterami, motorami i innym złomem.
Budynek biura znajdujemy dość szybko. Załatwienie pozwoleń trochę trwa, trzeba powypełniać sporo papierków, a potem swoje odsiedzieć.
Pozwolenie TIMS - 1750 npr, pozwolenie ACAP - 2000 npr.
Uffff - mamy to o najważniejsze. Teraz mogę się wyluzować i zacząć chłonąć atmosferę tego miasta.
Wszystko tutaj jest inne niż w Europie.
Ze wszystkich stron zmysły atakowane są z niesamowitą intensywnością.
Ulice pełne są kolorowo ubranych ludzi, do nozdrzy docierają przeróżne zapachy, ludzie coś wykrzykują, a do tego wszechobecny wwiercający się w uszy dźwięk klaksonów.
Jest klimat! :)
Pora zwiedzić Thamel zanim całkiem zapadnie zmrok. Musimy jeszcze kupić kilka rzeczy.
Szukamy z Mariuszem kijków trekkingowych, bo celowo nie zabieraliśmy swoich z Polski.
Znajdujemy bez problemu sklep outdoorowy, a w nim odpowiednie kijasy.
Początkowa cena kijków 1500 npr, targujemy na 1000 - trzeba się wprawiać w targowaniu.
Niby Leki, czy rzeczywiście - trudno powiedzieć, ale czy to ma znaczenie? :)
Idziemy dalej.
Ilość stoisk z pamiątkami, szalami, biżuterią, przyprawami oszałamia.
Powstrzymuję się przed zakupami - kto by to taszczył?
Zakupy zrobimy w drodze powrotnej przed wylotem do Polski.
Kupujemy jeszcze wodę i snickersy na trek, po czym wracamy do hotelu.
Padamy do spania jak kłody.
W nocy budzę się do toalety, kiedy światło czołówki oświetla podłogę zastygam w przerażeniu..
Po podłodze popierdziela ogromny karaluch! Wrzaskiem budzę Mariusza, który ubija paskudztwo.
Normalnie nie boję się ani pająków ani innych "żyjątek" - ale to coś było wyjątkowo obrzydliwe i poruszało się z dużą prędkością, bleeeee.
"Obyśmy nie spotkali ich więcej na swojej drodze" - myślę sobie i w momencie zasypiam. ha ha ha - to się jeszcze okaże.
Tak to już drugi dzień i nadal w podróży. Poranny lot z liniami Jet Airways. Jedzenie przyprawione po indyjsku. Irka, oczywiście wzięła wegetariański zestaw. Niby ostry. No moje też było ostre, ale ja takie lubię. "Daj trochę spróbować" - mówię do Irki. Jem powoli i nic. Ale.. po chwili czuję. Chili działa trochę z opóźnieniem, ale wzmaga się wraz z upływem czasu i długo trzyma. Jednak jej było ostrzejsze, stwierdzam. Jeszcze 'nasta' kawa i jestem całkowicie rozbudzony.
"Zooobacz" - krzyczy rozentuzjazmowana Irka. Himalaje. Patrzę przez okno samolotu i czas jakby na chwilę zatrzymuje się. Wiem, że samolot leci na wysokości ok 9-10km, a te szczyty są praktycznie na naszej wysokości. Świat jest piękny!!!
| Pierwszy widok na Himalaje |
Po około 1.5h lotu kapitan trudną do zrozumienia angielszczyzną mówi, że będziemy trochę kołować bo jest kolejka do lądowania. No i zakręt w lewo... w lewo... w lewo... Przyjemnie buja... w lewo... oczy coraz cięższe... w lewo... dup i mocne hamowanie. Chyba trochę mi się przysnęło bo nawet nie zauważyłem upływu czasu.
Wychodzimy z samolotu. Gorąco, a jeszcze pamiętam jak w Krakowie padało, wiało i było jesiennie. "Staary, patrz małpy" - woła Łukasz. No i rzeczywiście, grupka przystojniaczków, z samcem alfa na czele, zasuwa po dachu terminalu.
Po załatwieniu formalności wizowych wychodzimy w końcu z lotniska. Niewyspanie połączone ze zmęczenie przypomina mi trochę studenckie czasy.
Od razu przy wyjściu dopada nas grupka taksówkarzy oferując przewóz w najlepszej cenie, do najtańszego, a zarazem najlepszego hotelu. Nieufni i doszukujący się jakiegoś przekrętu odmawiamy wszelkich ofert. Jednak zmęczenie i oszołomienie nową rzeczywistością wygrywa z naszymi postanowieniami. Dajemy się przekonać, że specjalnie na nas czeka już hotel no i jest taksówka dla 5 osób.Bagaże na dach.
My wtłaczamy się w 5 na tył do mini-buso-jeepo taksówki i ... "hej przygodo" jak to mówi Łukasz.
I nagle szok. Tak jakbym dostał w twarz. Zdziwił się o co chodzi i jeszcze raz dostał w twarz ale mocniej. Jedziemy ulicami Kathmandu. Im bliżej centrum tym większy ruch. Ruch lewostronny, ale w zasadzie wielostronny. Wszechogarniający dźwięk klaksonów. Pył, brud, hałas, wyboje. Zasuwamy szyby, żeby uchronić się przed kurzem. Asystent kierowcy zagaduje nas po angielsku. Dookoła roje motocyklistów. Trąbią na wszystko co się rusza. Nasz kierowca też wesoło potrąbuje. Folklor - pierwsze słowo jakie przychodzi mi na myśl. Kończy się asfalt i jedziemy jakby polną drogą otoczoną gęstą zabudową miasta. Ni stąd ni zowąd wśród tych ruder wyrasta salon samochodowy, a w nim najnowszy model Mazdy 3. Razem z Łukaszem zastanawiamy się o co chodzi. Kogo stać na takie auta i jak one jeżdżą po tutejszych drogach.
Docieramy do hotelu. Thamel, a przynajmniej tam mieliśmy trafić. Jak się później okazało, dzielnica Thamel była dwie ulice dalej. Hotel nie wygląda najgorzej, ale pokoje po bliższym przyjrzeniu się sprawiają już gorsze wrażenie. Woda jest ciep.. tzn nie jest zimna, w lekko żółtawym kolorze, ale w końcu można wziąć prysznic. Około 19-tej gaśnie światło. Normowane dostawy energii. Zmęczeni przesypiamy do rana. Zbawienne stają się stopery do uszu bo tuż za oknem do 22:00 gra dyskoteka, a potem do rana ujadają psy.
| Targ w Kathmandu |
Dzień 2 - wersja Irki
Lądujemy wreszcie w Kathmandu. Jakie jest? Co nas tutaj czeka? Czy sobie poradzimy?
W głowie kotłują się wątpliwości. Jest ich tym więcej im więcej ludzi tłoczy się przy wyjściu z lotniska.
Dajemy się namówić "agencji" z lotniska tylko dlatego, że jesteśmy cholernie zmęczeni.
Wiemy, że nas naciągną. Po prostu się z tym godzimy, bo cena jest dla nas akceptowalna.
Pakujemy się w taksówkę i ruszamy. Im dłużej jedziemy tym bardziej jestem przerażona.
Obraz jaki widzimy zza okien taksówki nie napawa optymizmem.
Jedziemy chyba przez jakieś slumsy, bo wszędzie widać walące się domy, gruzowiska, sterty gratów i śmieci.
Do tego wszechobecny pył, dźwięk klaksonów i ogromne ilości pojazdów wszelkiej maści.
"Co mnie podkusiło, żeby nas tu ciągnąć z Polski?" - myślę sobie.
"Oby jak najszybciej przedostać się w góry, one na pewno są czystsze i spokojniejsze."
Po jakimś czasie docieramy do "hotelu". Pokazują nam pokoje.
To jest dopiero załamka. W łazience na ścianie wielki grzyb, na łóżkach pościel, w której niejeden turysta już spał. Zmęczenie jednak bierze górę - zostajemy. Mamy swoje śpiwory - jakoś damy radę.
Szybka decyzja, że trzeba się przespać zanim ruszymy w miasto pozałatwiać wszelkie formalności.
Bierzemy prysznic - tu kolejne rozczarowanie - woda jest zimna mimo zapewnień obsługi, że hot water jest.
Jest mi już wszystko jedno..spaaaaaaaaaaaaaać.
Śpimy ze 2h, to wystarczy żeby trochę podładować akumulatory.
Idziemy wymienić dolce na dalszą część treku, kupić mapę i załatwić pozwolenia na trek.
Kantor znajdujemy bardzo szybko, mapę również.
Do biura turystki kawałek musimy podejść, bo mieści się w innej części miasta.
Ta wycieczka daje nam pojęcie o tutejszych zasadach ruchu drogowego, a raczej ich braku.
Pieszych tutaj mają za nic. Nie działa pewne wejście na drogę, nikt się nie zatrzyma, trzeba po prostu sprytnie umykać przed wszechobecnymi skuterami, motorami i innym złomem.
Budynek biura znajdujemy dość szybko. Załatwienie pozwoleń trochę trwa, trzeba powypełniać sporo papierków, a potem swoje odsiedzieć.
Pozwolenie TIMS - 1750 npr, pozwolenie ACAP - 2000 npr.
Uffff - mamy to o najważniejsze. Teraz mogę się wyluzować i zacząć chłonąć atmosferę tego miasta.
Wszystko tutaj jest inne niż w Europie.
Ze wszystkich stron zmysły atakowane są z niesamowitą intensywnością.
Ulice pełne są kolorowo ubranych ludzi, do nozdrzy docierają przeróżne zapachy, ludzie coś wykrzykują, a do tego wszechobecny wwiercający się w uszy dźwięk klaksonów.
Jest klimat! :)
| Męska przyjaźń |
Pora zwiedzić Thamel zanim całkiem zapadnie zmrok. Musimy jeszcze kupić kilka rzeczy.
Szukamy z Mariuszem kijków trekkingowych, bo celowo nie zabieraliśmy swoich z Polski.
Znajdujemy bez problemu sklep outdoorowy, a w nim odpowiednie kijasy.
Początkowa cena kijków 1500 npr, targujemy na 1000 - trzeba się wprawiać w targowaniu.
Niby Leki, czy rzeczywiście - trudno powiedzieć, ale czy to ma znaczenie? :)
Idziemy dalej.
Ilość stoisk z pamiątkami, szalami, biżuterią, przyprawami oszałamia.
Powstrzymuję się przed zakupami - kto by to taszczył?
Zakupy zrobimy w drodze powrotnej przed wylotem do Polski.
Kupujemy jeszcze wodę i snickersy na trek, po czym wracamy do hotelu.
Padamy do spania jak kłody.
W nocy budzę się do toalety, kiedy światło czołówki oświetla podłogę zastygam w przerażeniu..
Po podłodze popierdziela ogromny karaluch! Wrzaskiem budzę Mariusza, który ubija paskudztwo.
Normalnie nie boję się ani pająków ani innych "żyjątek" - ale to coś było wyjątkowo obrzydliwe i poruszało się z dużą prędkością, bleeeee.
"Obyśmy nie spotkali ich więcej na swojej drodze" - myślę sobie i w momencie zasypiam. ha ha ha - to się jeszcze okaże.
niedziela, 7 października 2012
Dzień 1
Wylot z Krakowa. Moskwa. Delhi.
W zasadzie powinienem zacząć opisywać naszą podróż od dnia poprzedzającego wylot. Z góry wiedziałem, że będzie to długi dzień. Chyba naszą tradycją jest już pakowanie na ostatnią chwilę i chodzenie spać po północy przed wyjazdem. Plecaki spakowaliśmy trochę po 22:00. Jeszcze obwijanie w folię, żeby przetrwały podróż w jednym kawałku. Przyczepienie karteczki z imieniem, nazwiskiem, telefonem i lotniskiem docelowym. Przecież jakby bagaż zaginął gdzieś po drodze to dupa zbita. Czas trekkingu mocno wyśrubowany i każdy dzień opóźnienia gra na naszą niekorzyść. Dokończenie sprzątania, kolejne sprawdzenie czy wzięliśmy dokumenty, karty i gotówkę. Trochę po północy kładę się spać. Myślałem, że jak to zwykle przed wyjazdem, nie będę mógł zasnąć...
Dźwięk budzika. Tak, pomyślałem, to już dziś. Jedziemy. Jeszcze tylko kilkanaście godzin i będziemy na miejscu. Upłynął prawie rok od kiedy zrodził się pomysł na tą podróż. Śniadanie, kolejne sprawdzenie czy zabraliśmy dokumenty, gotówkę i karty. Taxi na lotnisko. Pada deszcz i jest dość zimno. Przed wyjazdem z domu sprawdziłem jaka pogoda w Kathmandu. W dzień około 28 stopni i słonecznie.
Jesteśmy na lotnisku w Balicach z dużym zapasem. Tłok jak w środku sezonu wakacyjnego, a przecież to październik. Czekamy na Anię, Łukasza i Oktawię. Zainteresowanie wzbudzają nasze plecaki opakowane w folię z doczepionymi wielkimi kartkami z napisem "Kathmandu Airport". Po raz trzydziesty chyba sprawdzam czy wiadomo już gdzie odprawa.
Przyjeżdżają w końcu nasi współtowarzysze zbliżającej się przygody. Teraz to Łukasz wzbudza zainteresowanie znacznie większe niż nasze plecaki. Kapelusz a la Indiana Jones (tylko wersja dla początkujących bo ortalionowa i z Decathlonu), skarpety, sandały, na szyi dyndająca saszetka na dokumenty i gotówkę.
Odprawa. Kamienne twarze celników. Buty za
kostkę? Ooo, to trzeba zdjąć. Dalsze oczekiwanie na autobus. Około 300
metrów autobusem i jesteśmy w samolocie. W logo sierp i młot czyli...
Aeroflot. Z lekką ekscytacją i adrenaliną czekam na start. No i
'pajechali' znaczy wystartowaliśmy. Kraków znika gdzieś za nami, biała
plama chmur i po kilku minutach oślepiające słońce.
Nuda, nuda, czytanie, jedzenie, nuda no i zbliżamy się do Moskwy. Nasz 'kamandir' mówi, że trochę wieje nad lotniskiem. No i rzeczywiście wieje. Samolotem rzuca we wszystkich możliwych płaszczyznach. Czuję lekki przypływ adrenaliny. Ania nie podziela jednak mojej ekscytacji. Spoglądamy z Irka za okno. Piękne jesienne popołudnie.
Blisko, coraz bliżej, ciekawe jak bardzo będzie czuć lądowanie. Tymczasem pilot ląduje całkiem gładko. Po zatrzymaniu się, nadal czuć jak wiatr buja samolotem. Więc jednak rzeczywiście mocno wieje. Jak mocno, przekonujemy się po wyjściu z samolotu. "Trochę piździ" mówi Łukasz, jednocześnie przytrzymując kapelusz ręką.
Teraz tylko 4 godziny i następny lot. Wszyscy lekko zgłodnieliśmy więc wyruszamy na poszukiwanie jakiegoś jadła. No i pierwsza myśl. Po ile stoją ruble? Wiedzieliśmy, że ceny na moskiewskim lotnisku mogą być wysokie. W końcu mamy przelicznik. 1 rubel to około 10gr. Czas na zamawianie jedzenia. Siadamy w jakiejś terminalowej restauracji. Hmm chyba jednak drogo. Chodźmy do innej. Niestety, ceny wszędzie takie same. Bankomat nie działa. Terminal do płatności kartą też akurat nie działa. Więc możemy zapłacić jedynie w USD - oczywiście po restauracyjnym kursie. Głód zwycięża. Zamawiamy jedzenie. Najdroższy hamburger w moim życiu. Nawet nie chcę sobie przypominać ile kosztował.
Kolejny lot. Okazuje się, że czegoś tam brakuje w systemie i przed wpuszczeniem nas do samolotu stewardessa musi wpisać dane z naszych kart pokładowych do komputera... dla 5 osób. Pasażerowie za nami już lekko zniecierpliwieni. No ale w końcu, z lekkim opóźnieniem, wsiadamy do samolotu.
Start. Kamerka z dziobu samolotu wyświetla pas startowy.. woooow ale wypas. Szkoda, że ciemno i mało widać. Wystartowaliśmy, nuda, jedzenie, nuda, Forest Gump, próba spania, jedzenie... no kiedy w końcu wylądujemy? I jesteśmy nad Indira Gandhi. Ale terminal! Cały wyłożony jest dywanową wykładziną. Czysto. Kolorowo. Celnik w turbanie. Ale klimat. Szkoda, że nie będziemy mogli wyjść na miasto. Czytaliśmy wcześniej, że to wizytówka Delhi i że po wyjściu już nie jest tak ładnie. Ale co tam. Stwierdzamy jednogłośnie, że jeszcze przyjdzie czas na Indie.
W zasadzie powinienem zacząć opisywać naszą podróż od dnia poprzedzającego wylot. Z góry wiedziałem, że będzie to długi dzień. Chyba naszą tradycją jest już pakowanie na ostatnią chwilę i chodzenie spać po północy przed wyjazdem. Plecaki spakowaliśmy trochę po 22:00. Jeszcze obwijanie w folię, żeby przetrwały podróż w jednym kawałku. Przyczepienie karteczki z imieniem, nazwiskiem, telefonem i lotniskiem docelowym. Przecież jakby bagaż zaginął gdzieś po drodze to dupa zbita. Czas trekkingu mocno wyśrubowany i każdy dzień opóźnienia gra na naszą niekorzyść. Dokończenie sprzątania, kolejne sprawdzenie czy wzięliśmy dokumenty, karty i gotówkę. Trochę po północy kładę się spać. Myślałem, że jak to zwykle przed wyjazdem, nie będę mógł zasnąć...
Dźwięk budzika. Tak, pomyślałem, to już dziś. Jedziemy. Jeszcze tylko kilkanaście godzin i będziemy na miejscu. Upłynął prawie rok od kiedy zrodził się pomysł na tą podróż. Śniadanie, kolejne sprawdzenie czy zabraliśmy dokumenty, gotówkę i karty. Taxi na lotnisko. Pada deszcz i jest dość zimno. Przed wyjazdem z domu sprawdziłem jaka pogoda w Kathmandu. W dzień około 28 stopni i słonecznie.
Jesteśmy na lotnisku w Balicach z dużym zapasem. Tłok jak w środku sezonu wakacyjnego, a przecież to październik. Czekamy na Anię, Łukasza i Oktawię. Zainteresowanie wzbudzają nasze plecaki opakowane w folię z doczepionymi wielkimi kartkami z napisem "Kathmandu Airport". Po raz trzydziesty chyba sprawdzam czy wiadomo już gdzie odprawa.
Przyjeżdżają w końcu nasi współtowarzysze zbliżającej się przygody. Teraz to Łukasz wzbudza zainteresowanie znacznie większe niż nasze plecaki. Kapelusz a la Indiana Jones (tylko wersja dla początkujących bo ortalionowa i z Decathlonu), skarpety, sandały, na szyi dyndająca saszetka na dokumenty i gotówkę.
Nuda, nuda, czytanie, jedzenie, nuda no i zbliżamy się do Moskwy. Nasz 'kamandir' mówi, że trochę wieje nad lotniskiem. No i rzeczywiście wieje. Samolotem rzuca we wszystkich możliwych płaszczyznach. Czuję lekki przypływ adrenaliny. Ania nie podziela jednak mojej ekscytacji. Spoglądamy z Irka za okno. Piękne jesienne popołudnie.
Blisko, coraz bliżej, ciekawe jak bardzo będzie czuć lądowanie. Tymczasem pilot ląduje całkiem gładko. Po zatrzymaniu się, nadal czuć jak wiatr buja samolotem. Więc jednak rzeczywiście mocno wieje. Jak mocno, przekonujemy się po wyjściu z samolotu. "Trochę piździ" mówi Łukasz, jednocześnie przytrzymując kapelusz ręką.
Teraz tylko 4 godziny i następny lot. Wszyscy lekko zgłodnieliśmy więc wyruszamy na poszukiwanie jakiegoś jadła. No i pierwsza myśl. Po ile stoją ruble? Wiedzieliśmy, że ceny na moskiewskim lotnisku mogą być wysokie. W końcu mamy przelicznik. 1 rubel to około 10gr. Czas na zamawianie jedzenia. Siadamy w jakiejś terminalowej restauracji. Hmm chyba jednak drogo. Chodźmy do innej. Niestety, ceny wszędzie takie same. Bankomat nie działa. Terminal do płatności kartą też akurat nie działa. Więc możemy zapłacić jedynie w USD - oczywiście po restauracyjnym kursie. Głód zwycięża. Zamawiamy jedzenie. Najdroższy hamburger w moim życiu. Nawet nie chcę sobie przypominać ile kosztował.
Kolejny lot. Okazuje się, że czegoś tam brakuje w systemie i przed wpuszczeniem nas do samolotu stewardessa musi wpisać dane z naszych kart pokładowych do komputera... dla 5 osób. Pasażerowie za nami już lekko zniecierpliwieni. No ale w końcu, z lekkim opóźnieniem, wsiadamy do samolotu.
Start. Kamerka z dziobu samolotu wyświetla pas startowy.. woooow ale wypas. Szkoda, że ciemno i mało widać. Wystartowaliśmy, nuda, jedzenie, nuda, Forest Gump, próba spania, jedzenie... no kiedy w końcu wylądujemy? I jesteśmy nad Indira Gandhi. Ale terminal! Cały wyłożony jest dywanową wykładziną. Czysto. Kolorowo. Celnik w turbanie. Ale klimat. Szkoda, że nie będziemy mogli wyjść na miasto. Czytaliśmy wcześniej, że to wizytówka Delhi i że po wyjściu już nie jest tak ładnie. Ale co tam. Stwierdzamy jednogłośnie, że jeszcze przyjdzie czas na Indie.
| Delhi |
Subskrybuj:
Posty (Atom)